wtorek, 10 grudnia 2013

AMBASSADA

"AmbaSSada" czyli dyktator i stara szafa
Na nowy film Juliusza Machulskiego wybrałam się chętnie. Po pierwsze: to nowy film Machulskiego, a po drugie: ja nadal wierzę w polskie kino. „AmbaSSada” reklamowana szumnie jako „najbardziej wyczekiwana komedia roku” zapowiadała się całkiem niebanalnie i ciekawie. Pewne obawy budził co prawda obsadzony w roli Joachima von Ribbentropa Adam „Nergal” Darski, ale… zawsze można było oczekiwać, że reżyser dostrzegł w nim drzemiący talent aktorski. Poza tym, obsadzanie wokalistów w filmie staje się powoli elementem stałym u Machulskiego (wystarczy sobie przypomnieć jego wcześniejsze „Serce na dłoni”, gdzie jedną z epizodycznych ról grała Doda). Sam Machulski przyznał się, że film nakręcił ponieważ wierzy, że Polacy mają odpowiedni dystans by śmiać się z samych siebie. 
Mela i Przemek, po dwóch latach nieobecności, przyjeżdżają do stolicy aby zająć się mieszkaniem wuja. Ona ma przy okazji zacząć rozwijać swoją karierę aktorską. On wreszcie napisać książkę. Problem pojawia się w chwili, gdy młode małżeństwo odkrywa, iż w budynku, w którym mieszkają, mieściła się przed wojną niemiecka ambasada… 
W „AmbaSSadzie” wszystkiego jest za dużo. Pomysł, który sam w sobie wydawał się perełką, w pewnym momencie zaczyna się rozłazić i zbytnio rozdrabniać. Tu już nie chodzi o przenoszenie się w czasie. Pojawia się jeszcze motyw sobowtóra Hitlera, szlachetnego dziadka głównego bohatera (który oczywiście był tajnym polskim szpiegiem), gorejącej od nadmiaru uczuć Niemki, niespełnionego muzycznie Ribbentropa… Pojawia się nawet stara szafa, która może skojarzyć się z „Opowieściami z Narnii”. Mela i Przemek to para, która jest do bólu przesadzona. Ona drażni dziecinnym charakterem, nadmiarem chorego wprost optymizmu, on z kolei jest pretensjonalny i skupiony na sobie. Razem kompletnie do siebie nie pasują. I kiedy zaczniemy się przyglądać poszczególnym wątkom i postaciom, okaże się, że tak naprawdę niewiele w tym wszystkim się ze sobą łączy. Oglądając film odnosi się wrażenie, że reżyser miał nadmiar chęci by uczynić go zabawnym. Przeładowanie nawiązaniami (czy to do „Człowieka w żelaznej masce”, „Amelii”, czy w końcu auto promocji Machulskiego i „Kołysanki”), nadmiar bardzo banalnych żartów i gagów nie sprawiają, że widz ma ochotę wybuchnąć śmiechem. To wszystko gdzieś już było i zdążyło się opatrzeć. W dodatku czasem nie do końca wiadomo po co pewne fragmenty zostały zmontowane. Czy scena w której sepleniąca Mela odstrasza fatyganta coś wnosi do fabuły? Czy mało udany żart z załatwianiem roli był potrzebny? Film rozdrabnia się właśnie na takie puste epizody i braknie w nim miejsca na właściwą akcję. Właśnie przez to, kiedy naziści dowiadują się o czekającej ich przyszłości, nic z tego właściwie nie wynika.
„AmbaSSada” to też film, w którym Robert Więckiewicz nie pokazał swojego talentu aktorskiego. Jego Hitler jest dziecinny, męczący i… żenujący. Widzimy dyktatora, który pierdzi, cmoka i chichocze. Miejscami (co zresztą zamierzone) przypomina bardziej Lecha Wałęsę z „Wałęsa. Człowiek z nadziei” niż niemieckiego przywódcę. Bardzo przyzwoicie natomiast zaprezentował się Nergal. Jego Ribbentrop jest spokojny i wyważony. To jedna z niewielu postaci, którą ogląda się w tym filmie z niekłamaną przyjemnością. Podobnie dobrze prezentuje się Ende, którego grał Krystian Wieczorek. 
Muzykę do filmu skomponował Bartosz Chajdecki (znany z takich produkcji jak „Czas honoru”, „Siła wyższa” a także „Chce się żyć”). Choć nie zachwyci melomanów to świetnie wpasowuje się w kabaretowy klimat „AmbaSSady”. Pozostaje ona humorystyczna, odrobinę nawet w stylu Benny’ego Hilla co tylko podkreśla gagowość całego filmu. 
Największym minusem „AmbaSSady” pozostaje słaby scenariusz. I to na jego miarę grają aktorzy. Niestety ale pomysł by film stał się zlepkiem krótkich gagów nie okazał się trafiony. Miotający się w te i z powrotem bohaterowie, którzy nie do końca wiedzą co robią, niepotrzebne wątki i brak odpowiednich proporcji skutecznie psują przyjemność oglądania filmu. Machulski zbyt często i zbyt dosłownie puszcza do widza oko. Przez to, to co mogłoby być zabawne staje się przewidywalne i mało śmieszne.
„AmbaSSada” to farsa, która nie bawi. A szkoda bo chociaż próba pokazania Hitlera w krzywym zwierciadle nie jest pomysłem nowym (ot choćby „Hitler kaput”, „Adolf H. – Ja wam pokażę”, czy w końcu klasyka Chaplina „Dyktator”), to jednak film miał zadatki na naprawdę dobrą komedię. Zawinił słaby scenariusz. Oglądając film częściej miałam wrażenie, że reżyser pokazuje mi zlepek obejrzanych już kiedyś scenek kabaretowych niż spójną historię. Również sposób kręcenia poszczególnych ujęć przywodził właśnie gagowość na myśl. Widz jest bombardowany półzbliżeniami. Najzabawniejsze i najciekawsze w nowym filmie Juliusza Machulskiego jest zakończenie. Kiedy wreszcie porzucił chęć rozśmieszenia widza na siłę, udało mu się to zrobić. Przypomniał także o pewnym rodzaju polskiej nostalgii za światem, który już dawno zginął. 
Czy „AmbaSSada” jest filmem złym? Wbrew pozorom, na tle innych polskich komedii, prezentuje się całkiem przeciętnie. Fanów rodzimej produkcji raczej nie powinna rozczarować, choć poziomem mocno odbiega od najlepszych polskich komedii. Pytanie tylko, czy reżyser znany z takich filmów jak „Vabank” czy „Seksmisja” może uznać stworzenie niezbyt udanej „AmbaSSady” za sukces?

[KS]

poniedziałek, 29 lipca 2013

DWIE DUSZE - JOANNA SKÓRKA

Jedna męczarnia

Zawsze z pewnym zainteresowaniem śledzę wszystkie debiuty literackie i filmowe jakie popełniają polscy twórcy. Robię to z dwóch powodów: po pierwsze zdaję sobie świetnie sprawę, jak trudno jest debiutować w naszym pięknym kraju, po drugie: chcę wiedzieć, czy przypadkiem nie pojawił się na rynku jakiś diament. Takie mniej więcej intencje tchnęły mnie do przeczytania książki Joanny Skórki. Objętościowo jest to lektura niezbyt długa, zaledwie 165 stron. Treściowo… to żadna lektura.
Główna fabuła oscyluje wokół historii miłości Wiktorii i półanioła Artura. Trochę mnie poniosło, bo w tym nie ma rzeczywistej fabuły – jest jakaś urywana narracja, chaotyczna, szarpana… Autorka za wszelką cenę próbowała sklecić z tego historię miłosną, ale wyszła jej jakaś mało miłosna papka. Miejscami można odnieść wrażenie, że niepotrzebnie tak gnała do przodu, sama spłycała historię. Artur jest nudny i papierowy. Brakuje mu charyzmy, jego walki z demonami to właściwie pół stronicowe opisy – dość banalne i niewiele wnoszące do jakiejkolwiek akcji. Prawdę powiedziawszy, w połowie książki można odnieść wrażenie, że jego anielskość została przez autorkę wprowadzona tylko po to, by w jakikolwiek sposób załatać i tak nie klejące się opowiadanie. Bawią kompletnie oderwane od rzeczywistości refleksje głównej bohaterki (pozwolę sobie przytoczyć jedną, ze strony nr 13):
Ruszyłam w kierunku samochodu, zastanawiając się, dlaczego w twarzach mijanych osób maluje się taki smutek i przygnębienie. W sumie pora przywyknąć do naszej mentalności.
Skąd się nagle bohaterce wzięło na takie wynurzenia? Co gorsza, kobieta po studiach okazuje się być mentalną (sama użyła tego słowa!) 13 latką.... Cytat pokazuje słabość literackiego kunsztu autorki, która nie potrafi przedstawić w należyty sposób tego, co kołacze się w jej głowie.
Baty powinna otrzymać też osoba, która robiła korektę „Dwóch dusz”. Pomijając już żenujące: „Podobno szkodliwy hałas i śmierdzi folią” (o co w ogóle chodzi w tym zdaniu?!), albo równie przykre anakoluty, pomylone zaimki, korekta jest zła. I o ile potrafię jeszcze wybaczyć autorce niedociągnięcia i pewnie braki, o tyle osobie poprawiającej tekst już nie.
Czy polecam przeczytanie tej książki? Nie. Nie ma ona w sobie nic pasjonującego, co mogłoby wciągnąć. Jest przewidywalna, nudna i pozbawiona dobrej historii. Dlaczego napisałam recenzję „Dwóch dusz”? Przede wszystkim po to, by pokazać, jak wiele złych lektur zostaje w Polsce wydanych. Poza tym „Dwie dusze” Joanny Skórki udowadniają, że chociaż pisać może każdy, to nie każdy jest już w stanie czytać takie historie. Zdecydowanie nie polecam.

[KS]

czwartek, 11 lipca 2013

LINCZ

Grzech zaniedbania


Tu nie ma Józefa K. Są winni, jest i przestępstwo. Problem zaczyna się w chwili, gdy widz uświadamia sobie, że zabójstwo Zaranka (w tej roli fenomenalny Wiesław Komasa) to nie jedyna zbrodnia przedstawiona w filmie. W "Linczu" przestępstw jest cała masa. Największym grzechem wydaje się jednak zaniedbanie. I tu nasuwa się pytanie: czyje właściwie zaniedbanie? Policji, która chciała, ale nie mogła? A może państwa, które reaguje dopiero w chwili, gdy dochodzi do tragedii? A może jednak bracia Gradowie przekroczyli już tę cienką granicę między samoobroną a samosądem? 
Łukaszewicz nie daje widzowi jednoznacznych odpowiedzi. Mimo iż Zaranek był kanalią, jakich mało, to sposób jego przedstawienia sprawia, że widz zaczyna zastanawiać się, jakim cudem udało mu się tak długo nękać całą społeczność. Dlaczego nikt nie reagował? Dlaczego udawano, że problemu nie ma? Prokurator (w tej roli Krzysztof Franieczek) nie jest karierowiczem. Pełni on rolę swoistego głosu rozsądku w tej całej farsie. Mimo współczucia, mimo zrozumienia, mimo bestialstwa głównego antybohatera ma rację: Zaranek został zlinczowany. A samosądu w państwie prawa być nie może. 
Nie mnie oceniać, czy "Lincz" jest filmem wybitnym. Trudno mi nawet wyobrazić sobie, czy w ogóle pretenduje do takiego miana. Na pewno należy do grona tych filmów, które mają budzić grozę i nakłaniać do refleksji. W tych także rolach spełnia się on znakomicie. Tu nic nie jest czarne, albo białe. Każda postać (nawet ta początkowo krystaliczna jak Adam Grad) przedstawiona jest w odcieniach szarości. 
Istotny wkład w formowanie się scenariusza miała autentyczna historia linczu we Włodowie. Mimo to próba stworzenia z owego tematu kina budzącego niepokój, powiodła się. Na uwagę zasługuje fakt, że w swoim filmie Krzysztof Łukasiewicz postawił na naprawdę dobre aktorstwo. Każdy bohater zagrany jest sugestywnie i z werwą. Poza wspomnianym już kapitalnym Wiesławem Komasą, na uwagę zasługuje także bardzo utalentowany (i trochę chyba niedoceniony w polskim kinie) Łukasz Simlat. Ciekawą kreację zaprezentowała również Izabela Kuna (udało jej się wreszcie zerwać z wizerunkiem aktorki komediowej). 
W dobie komedii romantycznych i wieszczenia upadku kina polskiego, filmy takie jak "Lincz" dają nadzieję, że w tej kwestii nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo. Naturalnie nie można napisać, że jest to dzieło idealne, reżyser nie ustrzegł się błędów. Dużym minusem wydaje się zbytnia egzaltacja nastroju grozy i przygnębienia. Widać ją właściwie w każdej scenie i nawet w nazbyt smętnej (a przy tym dziwnie pompatycznej) ścieżce dźwiękowej. Patrząc jednak na całokształt, można śmiało napisać, że "Lincz" jest filmem wartym polecenia. 
KS
(ta recenzja jest też zamieszczona na portalu filmweb)