"AmbaSSada" czyli dyktator i stara szafa
Na nowy film Juliusza Machulskiego wybrałam się chętnie. Po pierwsze: to nowy film Machulskiego, a po drugie: ja nadal wierzę w polskie kino. „AmbaSSada” reklamowana szumnie jako „najbardziej wyczekiwana komedia roku” zapowiadała się całkiem niebanalnie i ciekawie. Pewne obawy budził co prawda obsadzony w roli Joachima von Ribbentropa Adam „Nergal” Darski, ale… zawsze można było oczekiwać, że reżyser dostrzegł w nim drzemiący talent aktorski. Poza tym, obsadzanie wokalistów w filmie staje się powoli elementem stałym u Machulskiego (wystarczy sobie przypomnieć jego wcześniejsze „Serce na dłoni”, gdzie jedną z epizodycznych ról grała Doda). Sam Machulski przyznał się, że film nakręcił ponieważ wierzy, że Polacy mają odpowiedni dystans by śmiać się z samych siebie.
Mela i Przemek, po dwóch latach nieobecności, przyjeżdżają do stolicy aby zająć się mieszkaniem wuja. Ona ma przy okazji zacząć rozwijać swoją karierę aktorską. On wreszcie napisać książkę. Problem pojawia się w chwili, gdy młode małżeństwo odkrywa, iż w budynku, w którym mieszkają, mieściła się przed wojną niemiecka ambasada…
W „AmbaSSadzie” wszystkiego jest za dużo. Pomysł, który sam w sobie wydawał się perełką, w pewnym momencie zaczyna się rozłazić i zbytnio rozdrabniać. Tu już nie chodzi o przenoszenie się w czasie. Pojawia się jeszcze motyw sobowtóra Hitlera, szlachetnego dziadka głównego bohatera (który oczywiście był tajnym polskim szpiegiem), gorejącej od nadmiaru uczuć Niemki, niespełnionego muzycznie Ribbentropa… Pojawia się nawet stara szafa, która może skojarzyć się z „Opowieściami z Narnii”. Mela i Przemek to para, która jest do bólu przesadzona. Ona drażni dziecinnym charakterem, nadmiarem chorego wprost optymizmu, on z kolei jest pretensjonalny i skupiony na sobie. Razem kompletnie do siebie nie pasują. I kiedy zaczniemy się przyglądać poszczególnym wątkom i postaciom, okaże się, że tak naprawdę niewiele w tym wszystkim się ze sobą łączy. Oglądając film odnosi się wrażenie, że reżyser miał nadmiar chęci by uczynić go zabawnym. Przeładowanie nawiązaniami (czy to do „Człowieka w żelaznej masce”, „Amelii”, czy w końcu auto promocji Machulskiego i „Kołysanki”), nadmiar bardzo banalnych żartów i gagów nie sprawiają, że widz ma ochotę wybuchnąć śmiechem. To wszystko gdzieś już było i zdążyło się opatrzeć. W dodatku czasem nie do końca wiadomo po co pewne fragmenty zostały zmontowane. Czy scena w której sepleniąca Mela odstrasza fatyganta coś wnosi do fabuły? Czy mało udany żart z załatwianiem roli był potrzebny? Film rozdrabnia się właśnie na takie puste epizody i braknie w nim miejsca na właściwą akcję. Właśnie przez to, kiedy naziści dowiadują się o czekającej ich przyszłości, nic z tego właściwie nie wynika.
„AmbaSSada” to też film, w którym Robert Więckiewicz nie pokazał swojego talentu aktorskiego. Jego Hitler jest dziecinny, męczący i… żenujący. Widzimy dyktatora, który pierdzi, cmoka i chichocze. Miejscami (co zresztą zamierzone) przypomina bardziej Lecha Wałęsę z „Wałęsa. Człowiek z nadziei” niż niemieckiego przywódcę. Bardzo przyzwoicie natomiast zaprezentował się Nergal. Jego Ribbentrop jest spokojny i wyważony. To jedna z niewielu postaci, którą ogląda się w tym filmie z niekłamaną przyjemnością. Podobnie dobrze prezentuje się Ende, którego grał Krystian Wieczorek.
Muzykę do filmu skomponował Bartosz Chajdecki (znany z takich produkcji jak „Czas honoru”, „Siła wyższa” a także „Chce się żyć”). Choć nie zachwyci melomanów to świetnie wpasowuje się w kabaretowy klimat „AmbaSSady”. Pozostaje ona humorystyczna, odrobinę nawet w stylu Benny’ego Hilla co tylko podkreśla gagowość całego filmu.
Największym minusem „AmbaSSady” pozostaje słaby scenariusz. I to na jego miarę grają aktorzy. Niestety ale pomysł by film stał się zlepkiem krótkich gagów nie okazał się trafiony. Miotający się w te i z powrotem bohaterowie, którzy nie do końca wiedzą co robią, niepotrzebne wątki i brak odpowiednich proporcji skutecznie psują przyjemność oglądania filmu. Machulski zbyt często i zbyt dosłownie puszcza do widza oko. Przez to, to co mogłoby być zabawne staje się przewidywalne i mało śmieszne.
„AmbaSSada” to farsa, która nie bawi. A szkoda bo chociaż próba pokazania Hitlera w krzywym zwierciadle nie jest pomysłem nowym (ot choćby „Hitler kaput”, „Adolf H. – Ja wam pokażę”, czy w końcu klasyka Chaplina „Dyktator”), to jednak film miał zadatki na naprawdę dobrą komedię. Zawinił słaby scenariusz. Oglądając film częściej miałam wrażenie, że reżyser pokazuje mi zlepek obejrzanych już kiedyś scenek kabaretowych niż spójną historię. Również sposób kręcenia poszczególnych ujęć przywodził właśnie gagowość na myśl. Widz jest bombardowany półzbliżeniami. Najzabawniejsze i najciekawsze w nowym filmie Juliusza Machulskiego jest zakończenie. Kiedy wreszcie porzucił chęć rozśmieszenia widza na siłę, udało mu się to zrobić. Przypomniał także o pewnym rodzaju polskiej nostalgii za światem, który już dawno zginął.
Czy „AmbaSSada” jest filmem złym? Wbrew pozorom, na tle innych polskich komedii, prezentuje się całkiem przeciętnie. Fanów rodzimej produkcji raczej nie powinna rozczarować, choć poziomem mocno odbiega od najlepszych polskich komedii. Pytanie tylko, czy reżyser znany z takich filmów jak „Vabank” czy „Seksmisja” może uznać stworzenie niezbyt udanej „AmbaSSady” za sukces?
[KS]


