środa, 24 października 2012

GOD BLESS AMERICA


Boże, błogosław Amerykę!


Niewiele jest filmów tak złośliwych i prawdziwych w swoim przekazie jak ‘God Bless America’. Reżyser, i jednocześnie scenarzysta, Bobcat Goldthwait bardzo trafnie wyczuł pewien poziom frustracji, jaki nęka wielu współczesnych ludzi.
Tytuł filmu odnosi się do pieśni patriotycznej napisanej przez Irvinga Berlina w 1938 roku. Jednak sama fraza (Boże, błogosław Amerykę) stała się już swoistym sloganem, oznaczającym pochwałę Stanów Zjednoczonych (a właściwie kultury, american dream i tolerancji). I właśnie z tym drugim znaczeniem Goldthwait wdał się w polemikę.
Głównym bohaterem filmu jest Frank: otyły i brzydki mężczyzna w średnim wieku. Mieszka w przeciętnej dzielnicy, pracuje od kilku lat w jednej firmie, jest rozwiedziony i… nieszczęśliwy. Jego rozżalenie nie wynika jednak z sytuacji materialnej lub nieudanego życia uczuciowego, ale z otaczającej go zewsząd kultury masowej, która zawładnęła ludźmi. W chwili gdy zaczyna pojmować, że nie ma już nic do stracenia, postanawia zamordować tych przedstawicieli społeczeństwa, którzy wydają mu się najbardziej odrażającymi, nikczemnymi i głupimi jednostkami. Warto w tym momencie pochwalić spokojną, wyważoną i bardzo naturalną grę aktorską Joela Murraya (tytułowy Frank). Bohater szybko odnajduje wspólniczkę – szesnastoletnią Roxie (Tara Lynne Barr).
Film w bardzo gorzki sposób ukazuje ludzi, którzy dla chwili zaistnienia w telewizji są w stanie zaprzedać swoją prywatność i moralność. Otwarcie skrytykowane zostają w nim programy telewizyjnego show typu Idol, Moje słodkie szesnaste urodziny, a także postaci krytykantów i pieniaczy: dziennikarza głoszącego kontrowersyjne (a przede wszystkim sprzedające się) poglądy i skrajnie nietolerancyjnych działaczy politycznych.
Nie można nie zauważyć nawiązań Goldthwaita do ‘Natural Born Killers’ i ‘Falling down’. W pierwszym przypadku jest to rodzaj morderczego karnawału (para morderców podróżująca po Ameryce), w drugim natomiast do postaci Fostera (tu Franka, który dostrzega upadek cywilizacyjny). Tylko, że Goldthwait idzie o krok dalej: nie ocenia negatywnie swoich bohaterów, nie tylko nie próbuje ich usprawiedliwić, ale też zrzuca z nich odpowiedzialność za popełnione przestępstwa i pozostawia ocenianie widzowi.
God Bless America to film bardzo dobrze zrealizowany. Tym co rzuca się w oczy jest rodzaj niezwykle żywej kolorystyki scen, można ją interpretować jako kolejne odwołanie do kultury masowej, która wabi nadmiarem barw. Jednocześnie rodzi się pytanie, czy film Goldthwaita nie jest tylko smutną konstatacją rzeczywistości? Czasów, w których jednostki najbardziej zdroworozsądkowe stają się niejako agresorami? 
KS

poniedziałek, 22 października 2012

HOMO FATHER


Jeden zagniewany człowiek


Są takie filmy, które już ze swojej natury mają być kontrowersyjne. Mniej więcej z takiego założenia wychodził Piotr Matwiejczyk, kiedy kręcił „Homo father”. W Polsce, kraju legitymującym się silnym konserwatyzmem próba ukazania życia „normalnych”homoseksualistów na pewno spotka się ze sporymi kontrowersjami. 
Jeśli ktoś zamierza obejrzeć „Homo father” musi pojąć, że jest to kino całkowicie odmienne od większości tego, co możemy zobaczyć na dużym ekranie. I owa odmienność łączy się nie tylko z tematyką, którą porusza, ale przede wszystkim ze sposobem w jaki został zrealizowany. Film razi ze wszystkich stron swoją niedoskonałością. Oglądając, będziemy musieli zaakceptować drżącą kamerę, okropnie zmontowany dźwięk, małe i wąskie wnętrza, słabe oświetlenie, bylejakość dialogów i przerysowane aktorstwo. I jeżeli widz zaakceptuje to wszystko, dopiero wtedy będzie potrafił skupić się na tym, co w filmie jest najważniejsze – historii przedstawionej. 
A ta wydaje się całkiem zwyczajna. W zwykłym, szarym bloku, na niewielkiej przestrzeni życiowej, mieszka para: Gabi i Robert. Robert pracuje w zwykłej, polskiej firmie i ma szansę dostać awans. Gabi zajmuje się domem. Problem w tym, że Gabi jest mężczyzną. Oczywiście to nie jedyny problem, który absorbuje naszą parę. W końcu mieszkają w Polsce, i na co dzień stykają się z polskim piekiełkiem. Mamy więc stereotypowego biznesmena (w tej roli Robert Gonera), który posiada (w dosłownym i przenośnym znaczeniu) młodą i bardzo dyspozycyjną (a przy tym niewyżytą seksualnie) sekretarkę (Daria Iwan). Przed blokiem piją piwko homofobiczni dresiarze, którzy z niechęcią przyglądają się „parze pedałków”. Mamy w końcu wzajemne (i w zasadzie bardzo heteroseksualne) pretensje Gabriela i Roberta.  
Kiedy zaczynałam oglądać „Homo father” bardzo raziła mnie bylejakość wszystkiego: łazienka urządzona jeszcze w PRL-u i meblościanka w salonie, za duży garnitur Roberta (Dawid Antkowiak) i przyciasny strój do ćwiczeń Gabriela (Bodo Kox). Denerwowały mnie nienaturalne dialogi, przebijająca przez wszystko ustawiczna frustracja otaczającą rzeczywistością i jednoczesne pogodzenie się z nią, niewystylizowani aktorzy rzuceni przed kamerę ubrani tanio i kiczowato.
Dopiero kiedy obejrzałam film, dotarło do mnie, że Matwiejczyk pokazał Polskę do bólu szarą i zwyczajną. Taką, o której możemy przeczytać w brukowcach. Moja złość nie wynikała z historii przez niego opowiedzianej, ale ze sposobu tego opowiedzenia. Jako konsument kultury masowej przyzwyczaiłam się (jak i wielu innych konsumentów) do wielkich, nowocześnie urządzonych mieszkań,  do pięknych i robiących kariery bohaterów, do przyjaznych i rozumiejących ich potrzeby szefów. Takiego spojrzenia nauczyła mnie współczesna telewizja. Dlatego jakakolwiek próba pokazania mi świata inaczej, wiązała się z moim odruchowym buntem. 
Ten film nie jest reklamą IKEI, banków, albo zachowań, do których aspirujemy. Wszystko co zostało w nim pokazane, jest całkowicie obdarte z naszych marzeń. Właśnie dlatego nigdy nie stanie się on filmem kasowym. Jednocześnie rodzi się pytanie, czy Matwiejczyk czasem nie przesadza? Moim zdaniem lepszy montaż, pewniejsza ręka kamerzysty i poprawione dialogi, pozwoliłyby „Homo father” stać się rzeczywiście dobrym kinem. Do tego bowiem aspirował.

KS