Jeden zagniewany człowiek
Są takie filmy, które już ze swojej natury mają być kontrowersyjne. Mniej więcej z takiego założenia wychodził Piotr Matwiejczyk, kiedy kręcił „Homo father”. W Polsce, kraju legitymującym się silnym konserwatyzmem próba ukazania życia „normalnych”homoseksualistów na pewno spotka się ze sporymi kontrowersjami.
Jeśli ktoś zamierza obejrzeć „Homo father” musi pojąć, że jest to kino całkowicie odmienne od większości tego, co możemy zobaczyć na dużym ekranie. I owa odmienność łączy się nie tylko z tematyką, którą porusza, ale przede wszystkim ze sposobem w jaki został zrealizowany. Film razi ze wszystkich stron swoją niedoskonałością. Oglądając, będziemy musieli zaakceptować drżącą kamerę, okropnie zmontowany dźwięk, małe i wąskie wnętrza, słabe oświetlenie, bylejakość dialogów i przerysowane aktorstwo. I jeżeli widz zaakceptuje to wszystko, dopiero wtedy będzie potrafił skupić się na tym, co w filmie jest najważniejsze – historii przedstawionej.
A ta wydaje się całkiem zwyczajna. W zwykłym, szarym bloku, na niewielkiej przestrzeni życiowej, mieszka para: Gabi i Robert. Robert pracuje w zwykłej, polskiej firmie i ma szansę dostać awans. Gabi zajmuje się domem. Problem w tym, że Gabi jest mężczyzną. Oczywiście to nie jedyny problem, który absorbuje naszą parę. W końcu mieszkają w Polsce, i na co dzień stykają się z polskim piekiełkiem. Mamy więc stereotypowego biznesmena (w tej roli Robert Gonera), który posiada (w dosłownym i przenośnym znaczeniu) młodą i bardzo dyspozycyjną (a przy tym niewyżytą seksualnie) sekretarkę (Daria Iwan). Przed blokiem piją piwko homofobiczni dresiarze, którzy z niechęcią przyglądają się „parze pedałków”. Mamy w końcu wzajemne (i w zasadzie bardzo heteroseksualne) pretensje Gabriela i Roberta.
Kiedy zaczynałam oglądać „Homo father” bardzo raziła mnie bylejakość wszystkiego: łazienka urządzona jeszcze w PRL-u i meblościanka w salonie, za duży garnitur Roberta (Dawid Antkowiak) i przyciasny strój do ćwiczeń Gabriela (Bodo Kox). Denerwowały mnie nienaturalne dialogi, przebijająca przez wszystko ustawiczna frustracja otaczającą rzeczywistością i jednoczesne pogodzenie się z nią, niewystylizowani aktorzy rzuceni przed kamerę ubrani tanio i kiczowato.
Dopiero kiedy obejrzałam film, dotarło do mnie, że Matwiejczyk pokazał Polskę do bólu szarą i zwyczajną. Taką, o której możemy przeczytać w brukowcach. Moja złość nie wynikała z historii przez niego opowiedzianej, ale ze sposobu tego opowiedzenia. Jako konsument kultury masowej przyzwyczaiłam się (jak i wielu innych konsumentów) do wielkich, nowocześnie urządzonych mieszkań, do pięknych i robiących kariery bohaterów, do przyjaznych i rozumiejących ich potrzeby szefów. Takiego spojrzenia nauczyła mnie współczesna telewizja. Dlatego jakakolwiek próba pokazania mi świata inaczej, wiązała się z moim odruchowym buntem.
Ten film nie jest reklamą IKEI, banków, albo zachowań, do których aspirujemy. Wszystko co zostało w nim pokazane, jest całkowicie obdarte z naszych marzeń. Właśnie dlatego nigdy nie stanie się on filmem kasowym. Jednocześnie rodzi się pytanie, czy Matwiejczyk czasem nie przesadza? Moim zdaniem lepszy montaż, pewniejsza ręka kamerzysty i poprawione dialogi, pozwoliłyby „Homo father” stać się rzeczywiście dobrym kinem. Do tego bowiem aspirował.
KS

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz