poniedziałek, 5 listopada 2012

50 TWARZY GREYA - E. L. JAMES

 50 odcieni romansidła

Kiedy na rynku wydawniczym pojawiła się pozycja sklasyfikowana jako pornografia dla kur domowych, pomyślałam: to coś dla mnie! Wszak już jako dwunastolatka podkradałam mamie słynne harlequiny, które później czytałam z wypiekami na twarzy. Mało tego, jeszcze przed oficjalną premierą, historia młodziutkiej studentki i obrzydliwie bogatego przedsiębiorcy biła wszelkie rekordy popularności. O nie, postanowiłam, że muszę to przeczytać.
Chodzi tu oczywiście o „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Dzięki wnikliwej analizie zasobów internetowych wiem, że książkę napisała Erica Leonard, licząca sobie 49 wiosen była dziennikarka, aktualnie gospodyni domowa. Zamiast używać swojego prawdziwego nazwiska posługuje się wdzięcznym pseudonimem E.L. James. Jej główną inspiracją do napisania książki był „Zmierzch” Stephanie Meyer. Jak prawdziwa kobieta zainteresowała się wzruszającą historią nieszczęśliwej miłości wampirów. Pod wpływem inspiracji rozpoczęła pisanie tzw. „fan-ficka”, wplatając w miłość Belli i Edwarda sporą dozę erotyki. Dlatego też czytając „Pięćdziesiąt twarzy Greya” odnosi się wrażenie, że to już gdzieś było, że główni bohaterowie są znani…
Anastasia Steel, 23-letnia absolwentka literatury, jest niepewna siebie, bardzo niezdarna, niewinna, a także wyjątkowo nieświadoma swojej urody oraz uroku. A Christian Grey… bogaty, nieprzyzwoicie przystojny, świetnie zbudowany, inteligentny, wrażliwy – słowem ucieleśnienie marzeń przeciętnej kobiety. Autorce czasem brakuje przymiotników do określenia atutów głównego bohatera, tak więc co kilka stron natykamy się na te same. Dokładnie tak jak u Meyer. Żeby dopełnić marzenia płci pięknej ten trudny związek zaczyna się oczywiście przypadkiem. Naiwnej Anie szybko otwierają się oczy, kiedy okazuje się, że wybranek jej serca to miłośnik seksu pod znakiem sado-maso. Ona ma być Uległą, on Panem, ona nie ma prawa głosu, on decyduje o każdym aspekcie jej życia. Nie będę wchodzić w szczegóły, fakt jest faktem – dziewczyna szczęścia nie miała.
Najgorszym co się tej książce przytrafiło to główna bohaterka. Chyba nawet Bella w „Zmierzchu” nie jest tak drażniąca. Z każdą kolejną stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że nie powinny tej historii czytać feministki. Bo i po co się denerwować? Anastasii nie da się lubić. Choćby się człowiek starał i tak jej nie polubi. Jest infantylna, jej odpowiedzi przywodzą na myśl pyskówki w gimnazjum. I pomimo tego, że jest niewinna, wciąż nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak łatwo dała się omamić i uwieść Greyowi. Nie wiem czy ktokolwiek byłby w stanie się identyfikować z tą bohaterką. Tuż obok tej irytującej postaci postawiono mężczyznę, na którego (nie wierzę, że się do tego przyznaję) sama mam chęć. Christian to dżentelmen w każdym calu: oczytany, bystry, wie czego chce. I ratuje to czytadło. Jest magnetycznie pociągający. Chyba najbardziej podnieca w nim świadomość ciemnej strony – bo od dawna wiadomo, że kobiety kochają się w niegrzecznych chłopcach! Z opisu wydawcy, który reklamował książkę jako „erotyk sado-maso” wywnioskowałam, że jest też seks-maszyną, która zaspokaja jedynie swoje pierwotne potrzeby, bez krzty poszanowania dla cudzych uczuć. Ano nic bardziej mylnego. Grey to książę z bajki, od czubka wypastowanych butów, po idealnie przystrzyżone włosy. Dlatego też jest to bardziej romansidło niż pornografia…
Wracając do noty wydawcy, że BDSM (ang. bondage&discipline, domination&submission), że perwersja, że seks… Rozczarowałam się okrutnie. Jeśli dobrze pamiętam, aż 117 stron zajęło mi oczekiwanie na pocałunek głównych bohaterów. Już nawet w harlequinach to sprawniej przychodzi. I nie jestem pewna, może to ja jestem nadmiernie wyuzdana, ale seks głównych bohaterów pozbawiony jest jakiejkolwiek drapieżności, brakuje mu tej perwersji za pomocą której jest reklamowany. Migają jakieś bicze, kajdanki, Czerwony Pokój z dziwnymi sprzętami, ale ostrego seksu po prostu nie ma. Dodatkowo opis samych sytuacji intymnych był bez dwóch zdań wzorowany na klasycznych romansidłach. Warsztat językowy E.L. James jest zwyczajnie zbyt ubogi żeby wywołać najmniejsze podniecenie, choć zwrócę jej honor, bo pomysły na figury ma niezłe. W konsekwencji dowiadujemy się, że Ana podczas seksu rozpada się na milion kawałków, a jej wewnętrzna bogini jest zachwycona. Wewnętrzna bogini? Serio? W przypadku seksu i u Greya pojawiają się skazy, gdy wykrzykuje: „Poczuj to dla mnie, mała!”. W takich chwilach dostawałam częściej ataków śmiechu, a nie wypieków z podniecenia.
Zatrzymując się przez chwilę przy „wewnętrznej bogini”. Chętnie dowiedziałabym się cóż to, u licha, jest. U siebie jej nie znalazłam, pytałam koleżanek, ale też nie wiedzą. I masz, babo, placek, zagadka nie została rozwiązana… W książce pojawiają się czasem nawiązania, że może to „świadomość” (chyba seksualna, nie jestem pewna), ale w zasadzie stu procentowej pewności nie ma. W momentach kiedy ta cud bogini wyskakuje z kolejnych kartek, ma się ochotę rzucić tym czytadłem w kąt. I mieć nadzieje, że zginie w mrokach pod kurzem i pajęczynami.
Pod jednym, bardzo ważnym kątem, książka E.L. James jest szkodliwa. Jeśli sięga po nią niedoświadczona dziewczyna, która nie miała styczności z seksem, nawet tym „waniliowym” (czyli tradycyjnym, bez elementów BDSM), dostaje obraz wyidealizowany. Komunikat jaki wysyła ta książka jest daleki od rzeczywistości. Bądźmy szczerzy – która dziewczyna podczas pierwszego razu dostaje wielokrotnego orgazmu? Ba, która w ogóle miała orgazm!
Rażą też pewnie błędy tłumacza. Bo oczywiście rozumiem, że Ana jest niewinna, ale drobne przekleństwo na literkę „K” brzmiałoby o niebo lepiej niż „kurka wodna” czy „o, święty Barnabo!”. Nawet teraz, wplatając to w swoją recenzję próbuję sobie wyobrazić parę w dwuznacznej, perwersyjnej sytuacji, gdy ona wypala na głos „o kuźwa do kwadratu”. No i nie jest to nawet śmieszne… Drugim aspektem jest tłumaczenie nazwiska Grey na „Szary”. W angielskim następowała gra słów, dotycząca mroku, szarości, płynnie nawiązywała do szarości oczu bohatera. Ale język polski jest trudniejszy i nie wyszło tak finezyjnie. Pani Monika Wiśniewska potraktowała pewne rzeczy zbyt dosłownie i wyszło jak wyszło.
Skąd wziął się fenomen tej książki? Moim skromnym zdaniem wynika on z faktu, że można się kompletnie wyłączyć. Nie wymaga od nas myślenia. Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Ona, on i trudny związek z przeszkodami. Osobiście przeczytałam ją do końca, bo lubię się pośmiać, a kuriozalność dialogów podczas stosunku bije na głowę nawet te z harlequinów. Chociaż nie wierzyłam, że jest to możliwe. Da się? Ano niestety da. Z każdym rozdziałem poziom tej książki sięga kolejnego dna. I chociaż wiadomo, że nie jest to Dostojewski, to jednak jako „czytadło” dla relaksu nadaje się doskonale.
Zatrzymam się jeszcze na chwilę przy fenomenie, jaki wywołała na rynku wydawniczym. Cała trylogia sprzedała się w nakładzie 40 (!) milionów egzemplarzy. Księgarnie zalewane są kolejnymi  „erotykami” wzorowanymi na „Pięćdziesięciu twarzach”. Kupują głównie kobiety. Jednak pojawienie się takiej pozycji na rynku wydawniczym doprowadziło do istotnego zjawiska. Wszystkie „mamuśki”, „kury domowe” przestały się wstydzić swojej seksualności. Tupnęły nogą, przypominając światu, że oprócz spełniania swoich funkcji są także kobietami, które mają swoje potrzeby. Wiele z tych pań przyznaje się, że po lekturze tej właśnie książki ich życie seksualne rozkwitło na nowo. I to jest pozytywny aspekt. I tu pojawia się istotne pytanie. Czy warto po akurat tą pozycję literacką sięgnąć?  Myślę, że z czystej ciekawości tak. Nie chodzi tu wcale o wartość intelektualną, ale próbę zrozumienia zjawiska, które pojawiło się na rynku wydawniczym. Ponadto, prędzej czy później sięga się po „Pięćdziesiąt twarzy”. 
Z czystej ciekawości... 
[MR]

środa, 24 października 2012

GOD BLESS AMERICA


Boże, błogosław Amerykę!


Niewiele jest filmów tak złośliwych i prawdziwych w swoim przekazie jak ‘God Bless America’. Reżyser, i jednocześnie scenarzysta, Bobcat Goldthwait bardzo trafnie wyczuł pewien poziom frustracji, jaki nęka wielu współczesnych ludzi.
Tytuł filmu odnosi się do pieśni patriotycznej napisanej przez Irvinga Berlina w 1938 roku. Jednak sama fraza (Boże, błogosław Amerykę) stała się już swoistym sloganem, oznaczającym pochwałę Stanów Zjednoczonych (a właściwie kultury, american dream i tolerancji). I właśnie z tym drugim znaczeniem Goldthwait wdał się w polemikę.
Głównym bohaterem filmu jest Frank: otyły i brzydki mężczyzna w średnim wieku. Mieszka w przeciętnej dzielnicy, pracuje od kilku lat w jednej firmie, jest rozwiedziony i… nieszczęśliwy. Jego rozżalenie nie wynika jednak z sytuacji materialnej lub nieudanego życia uczuciowego, ale z otaczającej go zewsząd kultury masowej, która zawładnęła ludźmi. W chwili gdy zaczyna pojmować, że nie ma już nic do stracenia, postanawia zamordować tych przedstawicieli społeczeństwa, którzy wydają mu się najbardziej odrażającymi, nikczemnymi i głupimi jednostkami. Warto w tym momencie pochwalić spokojną, wyważoną i bardzo naturalną grę aktorską Joela Murraya (tytułowy Frank). Bohater szybko odnajduje wspólniczkę – szesnastoletnią Roxie (Tara Lynne Barr).
Film w bardzo gorzki sposób ukazuje ludzi, którzy dla chwili zaistnienia w telewizji są w stanie zaprzedać swoją prywatność i moralność. Otwarcie skrytykowane zostają w nim programy telewizyjnego show typu Idol, Moje słodkie szesnaste urodziny, a także postaci krytykantów i pieniaczy: dziennikarza głoszącego kontrowersyjne (a przede wszystkim sprzedające się) poglądy i skrajnie nietolerancyjnych działaczy politycznych.
Nie można nie zauważyć nawiązań Goldthwaita do ‘Natural Born Killers’ i ‘Falling down’. W pierwszym przypadku jest to rodzaj morderczego karnawału (para morderców podróżująca po Ameryce), w drugim natomiast do postaci Fostera (tu Franka, który dostrzega upadek cywilizacyjny). Tylko, że Goldthwait idzie o krok dalej: nie ocenia negatywnie swoich bohaterów, nie tylko nie próbuje ich usprawiedliwić, ale też zrzuca z nich odpowiedzialność za popełnione przestępstwa i pozostawia ocenianie widzowi.
God Bless America to film bardzo dobrze zrealizowany. Tym co rzuca się w oczy jest rodzaj niezwykle żywej kolorystyki scen, można ją interpretować jako kolejne odwołanie do kultury masowej, która wabi nadmiarem barw. Jednocześnie rodzi się pytanie, czy film Goldthwaita nie jest tylko smutną konstatacją rzeczywistości? Czasów, w których jednostki najbardziej zdroworozsądkowe stają się niejako agresorami? 
KS

poniedziałek, 22 października 2012

HOMO FATHER


Jeden zagniewany człowiek


Są takie filmy, które już ze swojej natury mają być kontrowersyjne. Mniej więcej z takiego założenia wychodził Piotr Matwiejczyk, kiedy kręcił „Homo father”. W Polsce, kraju legitymującym się silnym konserwatyzmem próba ukazania życia „normalnych”homoseksualistów na pewno spotka się ze sporymi kontrowersjami. 
Jeśli ktoś zamierza obejrzeć „Homo father” musi pojąć, że jest to kino całkowicie odmienne od większości tego, co możemy zobaczyć na dużym ekranie. I owa odmienność łączy się nie tylko z tematyką, którą porusza, ale przede wszystkim ze sposobem w jaki został zrealizowany. Film razi ze wszystkich stron swoją niedoskonałością. Oglądając, będziemy musieli zaakceptować drżącą kamerę, okropnie zmontowany dźwięk, małe i wąskie wnętrza, słabe oświetlenie, bylejakość dialogów i przerysowane aktorstwo. I jeżeli widz zaakceptuje to wszystko, dopiero wtedy będzie potrafił skupić się na tym, co w filmie jest najważniejsze – historii przedstawionej. 
A ta wydaje się całkiem zwyczajna. W zwykłym, szarym bloku, na niewielkiej przestrzeni życiowej, mieszka para: Gabi i Robert. Robert pracuje w zwykłej, polskiej firmie i ma szansę dostać awans. Gabi zajmuje się domem. Problem w tym, że Gabi jest mężczyzną. Oczywiście to nie jedyny problem, który absorbuje naszą parę. W końcu mieszkają w Polsce, i na co dzień stykają się z polskim piekiełkiem. Mamy więc stereotypowego biznesmena (w tej roli Robert Gonera), który posiada (w dosłownym i przenośnym znaczeniu) młodą i bardzo dyspozycyjną (a przy tym niewyżytą seksualnie) sekretarkę (Daria Iwan). Przed blokiem piją piwko homofobiczni dresiarze, którzy z niechęcią przyglądają się „parze pedałków”. Mamy w końcu wzajemne (i w zasadzie bardzo heteroseksualne) pretensje Gabriela i Roberta.  
Kiedy zaczynałam oglądać „Homo father” bardzo raziła mnie bylejakość wszystkiego: łazienka urządzona jeszcze w PRL-u i meblościanka w salonie, za duży garnitur Roberta (Dawid Antkowiak) i przyciasny strój do ćwiczeń Gabriela (Bodo Kox). Denerwowały mnie nienaturalne dialogi, przebijająca przez wszystko ustawiczna frustracja otaczającą rzeczywistością i jednoczesne pogodzenie się z nią, niewystylizowani aktorzy rzuceni przed kamerę ubrani tanio i kiczowato.
Dopiero kiedy obejrzałam film, dotarło do mnie, że Matwiejczyk pokazał Polskę do bólu szarą i zwyczajną. Taką, o której możemy przeczytać w brukowcach. Moja złość nie wynikała z historii przez niego opowiedzianej, ale ze sposobu tego opowiedzenia. Jako konsument kultury masowej przyzwyczaiłam się (jak i wielu innych konsumentów) do wielkich, nowocześnie urządzonych mieszkań,  do pięknych i robiących kariery bohaterów, do przyjaznych i rozumiejących ich potrzeby szefów. Takiego spojrzenia nauczyła mnie współczesna telewizja. Dlatego jakakolwiek próba pokazania mi świata inaczej, wiązała się z moim odruchowym buntem. 
Ten film nie jest reklamą IKEI, banków, albo zachowań, do których aspirujemy. Wszystko co zostało w nim pokazane, jest całkowicie obdarte z naszych marzeń. Właśnie dlatego nigdy nie stanie się on filmem kasowym. Jednocześnie rodzi się pytanie, czy Matwiejczyk czasem nie przesadza? Moim zdaniem lepszy montaż, pewniejsza ręka kamerzysty i poprawione dialogi, pozwoliłyby „Homo father” stać się rzeczywiście dobrym kinem. Do tego bowiem aspirował.

KS