środa, 26 lutego 2014

KRWAWY STRZAŁ

Wampir vs terroryści


Przyznam się wam w sekrecie, że jestem zatwardziałym fanem kina klasy b (czasem nawet c). Proste, niewiele wymagające efekty specjalne, często bardzo fantastyczna fabuła i mocno zaskakująca obsada aktorska to jest to, co rewelacyjnie poprawia mi humor. Uwaga, piszę to naprawdę poważnie! Rzeczywiście lubię takie kino. 
Stąd właśnie zebrałam się i obejrzałam „Krwawy strzał” w reżyserii Dietricha Johnstona (słyszał w ogóle ktoś o takim reżyserze?). Jeśli nie, to spieszę donieść, że znany być on może z krótkometrażowej wersji „Krwawego strzału” z 2002 roku. I w jednym, i w drugim filmie poza reżyserią Johnston był także producentem i scenarzystą. Jak mu poszło? 
Nieźle. Fabuła „Krwawego strzału” przenosi nas do Ameryki, gdzie niezłomny policjant Rip (prawda, że uroczo nazwany?) robi wszystko by złapać i zabić pewnego wampira. Dlaczego to robi? Jako człowiek prawy i dobrego charakteru, Rip wierzy, że wampir jest złem i jako takie musi zostać zniszczony. A co na to wszystko sam zainteresowany krwiopijca? Regularnie toczy boje z młodym policjantem, ale zawsze pozostawia go przy życiu. Pewnego razu obaj wrogowie muszą zawrzeć sojusz byleby pokonać terrorystów, którzy zamierzają wysadzić miasto w powietrze. 
Część z widzów już w tym momencie może wyłączyć odbiorniki bo… wampir, policjant i terroryści to za dużo na raz i w ogóle brzmi głupio. Tylko, że Johnston przedstawia całą historię w tak wciągający sposób, że chce się to obejrzeć do końca. Owszem, pełno tu znanych wszystkim chwytów i zagrywek, ale znając konwencję filmu klasy b, takie chwyty i zagrywki nadal bawią. 
Poza tym, dużą rolę odegrał tu niezły dobór aktorów, a szczególnie Wampira. Michael Bailey Smith (ten umięśniony aktor może się kojarzyć z horrorem „Wzgórza mają oczy”) spisuje się na ekranie naprawdę przyzwoicie. Grany przez niego krwiopijca jest prawdziwym bohaterem z kategorii tych najbardziej niezniszczalnych. Całkiem dobrze partneruje mu Rip, czyli Brennan Eliott. Nie można też zapomnieć o Christopherze Lambercie. Jego rola chociaż epizodyczna, ma decydujący wpływ na fabułę. Nie rozpływając się zbytnio nad zachwytami wobec obsady „Krwawego strzału” należy tylko wspomnieć, że aktorzy ci grywają także w filmach klasy a. Owszem, omijają ich role pierwszoplanowe, ale nadal partnerują oni najlepszym. 
Fanów efektów specjalnych „Krwawy strzał” nie zachwyci. W tym miejscu rzeczywiście widać, jak wielką rolę odgrywa w produkcji wysoki budżet. Mimo to, nie jest tak źle, jak być mogło. Brak efekciarskich wybuchów i niesamowitych gadżetów sprawnie zastąpiono… klimatem. Wszystko tu do siebie pasuje – co nie zdarza się często nawet w mega produkcjach (a może zwłaszcza w nich?).
Podsumowując „Krwawy strzał” to naprawdę niezły film klasy b. Wszystkim, którzy chcieliby się odstresować przed niewymagającym seansem gorąco go polecam. Może nie zachwyci wysublimowaną grą aktorską lub efektami specjalnymi, ale nadrobi te braki wartką fabułą i niezłymi dialogami. I najważniejsze: świetnie wpisuje się w konwencję filmów klasy b sprzed trzydziestu a nawet czterdziestu lat.

[KS]

sobota, 15 lutego 2014

ONA

Coelho Jonze i Ona

Cała rzesza moich znajomych zachwyca się najnowszym filmem Spike’a Jonze’a „Ona”. Nominowany do pięciu Oskarów, z typową dla Jonze’a estetyką miał być genialnym obrazem przedstawiającym futurystyczną miłość zwykłego człowieka i SI Samanthy.
Historia przedstawiona w filmie zaczyna się zwyczajnie. Oto Theodore, facet zajmujący się na co dzień pisaniem cudzych listów rozwodzi się z żoną i czuje się z tego powodu strasznie samotnie. Idąc do pracy natyka się na reklamę nowego intuicyjnego SI. Zaciekawiony kupuje produkt i… tak poznaje Samanthę, w której stopniowo zaczyna się zakochiwać. Pierwsze co razi w „Ona” to estetyka Jonze’a. I nie chodzi tu o kolorową scenografię czy sumiasty wąs głównego bohatera. Przedstawiony świat niedalekiej przyszłości przypomina… lata sześćdziesiąte z xboxem, telefonem dotykowym i horrendalnie rozwiniętą SI. Nie chodzi o to, że to źle, ale fani literatury i filmów fantastycznych raczej poczują, że coś tu zgrzyta. Podobnie jest z fabułą. I nie chodzi o to, że sam wątek miłości człowieka i SI jest z gruntu zły – wcale taki nie jest, po prostu Jonze’owi zabrakło zdolności do nadania scenariuszowi prawdziwej głębi. Miłość, samotność to coś uniwersalnego, co zawsze pozostanie w pewien sposób aktualne, ale w „Ona” brakuje taktu do opowiedzenia o nich. Zamiast tego reżyser (i scenarzysta jednocześnie) skupił się na górnolotnych i małoznaczących dialogach, na uproszczeniach i banalizacji. Owszem, cały obraz pozostaje zaskakująco spójny w swojej niespójności, ale nadal brakuje mu… treści.
Nie zachwyca także Joaquin Phoenix jako Theodore. Pozostaje on zaskakująco bezradny wobec miałkości scenariusza. Owszem, gra dobrze, ale nadal jest przy tym zaskakująco słaby. O wiele lepiej spisuje się Scarlett Johansson. Chociaż w filmie możemy usłyszeć jedynie jej głos, to właśnie ona przeważa. Sceny, w których występuje Samantha są zdominowane przez Johansson. Reszta aktorów (z gruntu dobrze sprawdzających się na planie filmowym) pozostaje w jej cieniu. Ciekawą kreację wytworzyła także Olivia Wilde. Jej bohaterka choć natrętna i niesympatyczna, silnie zapada w pamięć.
Niesamowity nacisk, jaki Jonze położył na głos nie przekłada się na muzyczność filmu. Podobnie do scenografii jest ona zaskakująco staroświecka. Owszem to dobra muzyka, ale brak jej nuty futuryzmu. Brak jej też siły przebicia, którą posiada zabawny i przyjazny głos Samanthy.
Dla mnie najnowszy film Spike’a Jonze’a to ładnie opakowana kolorowa wydmuszka, która w środku nie ma nic do zaoferowania. Banalne, silące się na nowatorskie i głębokie dialogi rażą swoim coelhizmem. Jeśli ktoś lubi twórczość Paula Coelho zapewne się tym filmem głęboko oczaruje i dostrzeże w nim jakąś głębię. W moim odczuciu „Ona” pozostanie filmem nieudanym o źle skonstruowanej, pełnej uproszczeń, fabule. 
[KS]