poniedziałek, 29 lipca 2013

DWIE DUSZE - JOANNA SKÓRKA

Jedna męczarnia

Zawsze z pewnym zainteresowaniem śledzę wszystkie debiuty literackie i filmowe jakie popełniają polscy twórcy. Robię to z dwóch powodów: po pierwsze zdaję sobie świetnie sprawę, jak trudno jest debiutować w naszym pięknym kraju, po drugie: chcę wiedzieć, czy przypadkiem nie pojawił się na rynku jakiś diament. Takie mniej więcej intencje tchnęły mnie do przeczytania książki Joanny Skórki. Objętościowo jest to lektura niezbyt długa, zaledwie 165 stron. Treściowo… to żadna lektura.
Główna fabuła oscyluje wokół historii miłości Wiktorii i półanioła Artura. Trochę mnie poniosło, bo w tym nie ma rzeczywistej fabuły – jest jakaś urywana narracja, chaotyczna, szarpana… Autorka za wszelką cenę próbowała sklecić z tego historię miłosną, ale wyszła jej jakaś mało miłosna papka. Miejscami można odnieść wrażenie, że niepotrzebnie tak gnała do przodu, sama spłycała historię. Artur jest nudny i papierowy. Brakuje mu charyzmy, jego walki z demonami to właściwie pół stronicowe opisy – dość banalne i niewiele wnoszące do jakiejkolwiek akcji. Prawdę powiedziawszy, w połowie książki można odnieść wrażenie, że jego anielskość została przez autorkę wprowadzona tylko po to, by w jakikolwiek sposób załatać i tak nie klejące się opowiadanie. Bawią kompletnie oderwane od rzeczywistości refleksje głównej bohaterki (pozwolę sobie przytoczyć jedną, ze strony nr 13):
Ruszyłam w kierunku samochodu, zastanawiając się, dlaczego w twarzach mijanych osób maluje się taki smutek i przygnębienie. W sumie pora przywyknąć do naszej mentalności.
Skąd się nagle bohaterce wzięło na takie wynurzenia? Co gorsza, kobieta po studiach okazuje się być mentalną (sama użyła tego słowa!) 13 latką.... Cytat pokazuje słabość literackiego kunsztu autorki, która nie potrafi przedstawić w należyty sposób tego, co kołacze się w jej głowie.
Baty powinna otrzymać też osoba, która robiła korektę „Dwóch dusz”. Pomijając już żenujące: „Podobno szkodliwy hałas i śmierdzi folią” (o co w ogóle chodzi w tym zdaniu?!), albo równie przykre anakoluty, pomylone zaimki, korekta jest zła. I o ile potrafię jeszcze wybaczyć autorce niedociągnięcia i pewnie braki, o tyle osobie poprawiającej tekst już nie.
Czy polecam przeczytanie tej książki? Nie. Nie ma ona w sobie nic pasjonującego, co mogłoby wciągnąć. Jest przewidywalna, nudna i pozbawiona dobrej historii. Dlaczego napisałam recenzję „Dwóch dusz”? Przede wszystkim po to, by pokazać, jak wiele złych lektur zostaje w Polsce wydanych. Poza tym „Dwie dusze” Joanny Skórki udowadniają, że chociaż pisać może każdy, to nie każdy jest już w stanie czytać takie historie. Zdecydowanie nie polecam.

[KS]

czwartek, 11 lipca 2013

LINCZ

Grzech zaniedbania


Tu nie ma Józefa K. Są winni, jest i przestępstwo. Problem zaczyna się w chwili, gdy widz uświadamia sobie, że zabójstwo Zaranka (w tej roli fenomenalny Wiesław Komasa) to nie jedyna zbrodnia przedstawiona w filmie. W "Linczu" przestępstw jest cała masa. Największym grzechem wydaje się jednak zaniedbanie. I tu nasuwa się pytanie: czyje właściwie zaniedbanie? Policji, która chciała, ale nie mogła? A może państwa, które reaguje dopiero w chwili, gdy dochodzi do tragedii? A może jednak bracia Gradowie przekroczyli już tę cienką granicę między samoobroną a samosądem? 
Łukaszewicz nie daje widzowi jednoznacznych odpowiedzi. Mimo iż Zaranek był kanalią, jakich mało, to sposób jego przedstawienia sprawia, że widz zaczyna zastanawiać się, jakim cudem udało mu się tak długo nękać całą społeczność. Dlaczego nikt nie reagował? Dlaczego udawano, że problemu nie ma? Prokurator (w tej roli Krzysztof Franieczek) nie jest karierowiczem. Pełni on rolę swoistego głosu rozsądku w tej całej farsie. Mimo współczucia, mimo zrozumienia, mimo bestialstwa głównego antybohatera ma rację: Zaranek został zlinczowany. A samosądu w państwie prawa być nie może. 
Nie mnie oceniać, czy "Lincz" jest filmem wybitnym. Trudno mi nawet wyobrazić sobie, czy w ogóle pretenduje do takiego miana. Na pewno należy do grona tych filmów, które mają budzić grozę i nakłaniać do refleksji. W tych także rolach spełnia się on znakomicie. Tu nic nie jest czarne, albo białe. Każda postać (nawet ta początkowo krystaliczna jak Adam Grad) przedstawiona jest w odcieniach szarości. 
Istotny wkład w formowanie się scenariusza miała autentyczna historia linczu we Włodowie. Mimo to próba stworzenia z owego tematu kina budzącego niepokój, powiodła się. Na uwagę zasługuje fakt, że w swoim filmie Krzysztof Łukasiewicz postawił na naprawdę dobre aktorstwo. Każdy bohater zagrany jest sugestywnie i z werwą. Poza wspomnianym już kapitalnym Wiesławem Komasą, na uwagę zasługuje także bardzo utalentowany (i trochę chyba niedoceniony w polskim kinie) Łukasz Simlat. Ciekawą kreację zaprezentowała również Izabela Kuna (udało jej się wreszcie zerwać z wizerunkiem aktorki komediowej). 
W dobie komedii romantycznych i wieszczenia upadku kina polskiego, filmy takie jak "Lincz" dają nadzieję, że w tej kwestii nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo. Naturalnie nie można napisać, że jest to dzieło idealne, reżyser nie ustrzegł się błędów. Dużym minusem wydaje się zbytnia egzaltacja nastroju grozy i przygnębienia. Widać ją właściwie w każdej scenie i nawet w nazbyt smętnej (a przy tym dziwnie pompatycznej) ścieżce dźwiękowej. Patrząc jednak na całokształt, można śmiało napisać, że "Lincz" jest filmem wartym polecenia. 
KS
(ta recenzja jest też zamieszczona na portalu filmweb)