środa, 26 lutego 2014

KRWAWY STRZAŁ

Wampir vs terroryści


Przyznam się wam w sekrecie, że jestem zatwardziałym fanem kina klasy b (czasem nawet c). Proste, niewiele wymagające efekty specjalne, często bardzo fantastyczna fabuła i mocno zaskakująca obsada aktorska to jest to, co rewelacyjnie poprawia mi humor. Uwaga, piszę to naprawdę poważnie! Rzeczywiście lubię takie kino. 
Stąd właśnie zebrałam się i obejrzałam „Krwawy strzał” w reżyserii Dietricha Johnstona (słyszał w ogóle ktoś o takim reżyserze?). Jeśli nie, to spieszę donieść, że znany być on może z krótkometrażowej wersji „Krwawego strzału” z 2002 roku. I w jednym, i w drugim filmie poza reżyserią Johnston był także producentem i scenarzystą. Jak mu poszło? 
Nieźle. Fabuła „Krwawego strzału” przenosi nas do Ameryki, gdzie niezłomny policjant Rip (prawda, że uroczo nazwany?) robi wszystko by złapać i zabić pewnego wampira. Dlaczego to robi? Jako człowiek prawy i dobrego charakteru, Rip wierzy, że wampir jest złem i jako takie musi zostać zniszczony. A co na to wszystko sam zainteresowany krwiopijca? Regularnie toczy boje z młodym policjantem, ale zawsze pozostawia go przy życiu. Pewnego razu obaj wrogowie muszą zawrzeć sojusz byleby pokonać terrorystów, którzy zamierzają wysadzić miasto w powietrze. 
Część z widzów już w tym momencie może wyłączyć odbiorniki bo… wampir, policjant i terroryści to za dużo na raz i w ogóle brzmi głupio. Tylko, że Johnston przedstawia całą historię w tak wciągający sposób, że chce się to obejrzeć do końca. Owszem, pełno tu znanych wszystkim chwytów i zagrywek, ale znając konwencję filmu klasy b, takie chwyty i zagrywki nadal bawią. 
Poza tym, dużą rolę odegrał tu niezły dobór aktorów, a szczególnie Wampira. Michael Bailey Smith (ten umięśniony aktor może się kojarzyć z horrorem „Wzgórza mają oczy”) spisuje się na ekranie naprawdę przyzwoicie. Grany przez niego krwiopijca jest prawdziwym bohaterem z kategorii tych najbardziej niezniszczalnych. Całkiem dobrze partneruje mu Rip, czyli Brennan Eliott. Nie można też zapomnieć o Christopherze Lambercie. Jego rola chociaż epizodyczna, ma decydujący wpływ na fabułę. Nie rozpływając się zbytnio nad zachwytami wobec obsady „Krwawego strzału” należy tylko wspomnieć, że aktorzy ci grywają także w filmach klasy a. Owszem, omijają ich role pierwszoplanowe, ale nadal partnerują oni najlepszym. 
Fanów efektów specjalnych „Krwawy strzał” nie zachwyci. W tym miejscu rzeczywiście widać, jak wielką rolę odgrywa w produkcji wysoki budżet. Mimo to, nie jest tak źle, jak być mogło. Brak efekciarskich wybuchów i niesamowitych gadżetów sprawnie zastąpiono… klimatem. Wszystko tu do siebie pasuje – co nie zdarza się często nawet w mega produkcjach (a może zwłaszcza w nich?).
Podsumowując „Krwawy strzał” to naprawdę niezły film klasy b. Wszystkim, którzy chcieliby się odstresować przed niewymagającym seansem gorąco go polecam. Może nie zachwyci wysublimowaną grą aktorską lub efektami specjalnymi, ale nadrobi te braki wartką fabułą i niezłymi dialogami. I najważniejsze: świetnie wpisuje się w konwencję filmów klasy b sprzed trzydziestu a nawet czterdziestu lat.

[KS]

sobota, 15 lutego 2014

ONA

Coelho Jonze i Ona

Cała rzesza moich znajomych zachwyca się najnowszym filmem Spike’a Jonze’a „Ona”. Nominowany do pięciu Oskarów, z typową dla Jonze’a estetyką miał być genialnym obrazem przedstawiającym futurystyczną miłość zwykłego człowieka i SI Samanthy.
Historia przedstawiona w filmie zaczyna się zwyczajnie. Oto Theodore, facet zajmujący się na co dzień pisaniem cudzych listów rozwodzi się z żoną i czuje się z tego powodu strasznie samotnie. Idąc do pracy natyka się na reklamę nowego intuicyjnego SI. Zaciekawiony kupuje produkt i… tak poznaje Samanthę, w której stopniowo zaczyna się zakochiwać. Pierwsze co razi w „Ona” to estetyka Jonze’a. I nie chodzi tu o kolorową scenografię czy sumiasty wąs głównego bohatera. Przedstawiony świat niedalekiej przyszłości przypomina… lata sześćdziesiąte z xboxem, telefonem dotykowym i horrendalnie rozwiniętą SI. Nie chodzi o to, że to źle, ale fani literatury i filmów fantastycznych raczej poczują, że coś tu zgrzyta. Podobnie jest z fabułą. I nie chodzi o to, że sam wątek miłości człowieka i SI jest z gruntu zły – wcale taki nie jest, po prostu Jonze’owi zabrakło zdolności do nadania scenariuszowi prawdziwej głębi. Miłość, samotność to coś uniwersalnego, co zawsze pozostanie w pewien sposób aktualne, ale w „Ona” brakuje taktu do opowiedzenia o nich. Zamiast tego reżyser (i scenarzysta jednocześnie) skupił się na górnolotnych i małoznaczących dialogach, na uproszczeniach i banalizacji. Owszem, cały obraz pozostaje zaskakująco spójny w swojej niespójności, ale nadal brakuje mu… treści.
Nie zachwyca także Joaquin Phoenix jako Theodore. Pozostaje on zaskakująco bezradny wobec miałkości scenariusza. Owszem, gra dobrze, ale nadal jest przy tym zaskakująco słaby. O wiele lepiej spisuje się Scarlett Johansson. Chociaż w filmie możemy usłyszeć jedynie jej głos, to właśnie ona przeważa. Sceny, w których występuje Samantha są zdominowane przez Johansson. Reszta aktorów (z gruntu dobrze sprawdzających się na planie filmowym) pozostaje w jej cieniu. Ciekawą kreację wytworzyła także Olivia Wilde. Jej bohaterka choć natrętna i niesympatyczna, silnie zapada w pamięć.
Niesamowity nacisk, jaki Jonze położył na głos nie przekłada się na muzyczność filmu. Podobnie do scenografii jest ona zaskakująco staroświecka. Owszem to dobra muzyka, ale brak jej nuty futuryzmu. Brak jej też siły przebicia, którą posiada zabawny i przyjazny głos Samanthy.
Dla mnie najnowszy film Spike’a Jonze’a to ładnie opakowana kolorowa wydmuszka, która w środku nie ma nic do zaoferowania. Banalne, silące się na nowatorskie i głębokie dialogi rażą swoim coelhizmem. Jeśli ktoś lubi twórczość Paula Coelho zapewne się tym filmem głęboko oczaruje i dostrzeże w nim jakąś głębię. W moim odczuciu „Ona” pozostanie filmem nieudanym o źle skonstruowanej, pełnej uproszczeń, fabule. 
[KS]

wtorek, 10 grudnia 2013

AMBASSADA

"AmbaSSada" czyli dyktator i stara szafa
Na nowy film Juliusza Machulskiego wybrałam się chętnie. Po pierwsze: to nowy film Machulskiego, a po drugie: ja nadal wierzę w polskie kino. „AmbaSSada” reklamowana szumnie jako „najbardziej wyczekiwana komedia roku” zapowiadała się całkiem niebanalnie i ciekawie. Pewne obawy budził co prawda obsadzony w roli Joachima von Ribbentropa Adam „Nergal” Darski, ale… zawsze można było oczekiwać, że reżyser dostrzegł w nim drzemiący talent aktorski. Poza tym, obsadzanie wokalistów w filmie staje się powoli elementem stałym u Machulskiego (wystarczy sobie przypomnieć jego wcześniejsze „Serce na dłoni”, gdzie jedną z epizodycznych ról grała Doda). Sam Machulski przyznał się, że film nakręcił ponieważ wierzy, że Polacy mają odpowiedni dystans by śmiać się z samych siebie. 
Mela i Przemek, po dwóch latach nieobecności, przyjeżdżają do stolicy aby zająć się mieszkaniem wuja. Ona ma przy okazji zacząć rozwijać swoją karierę aktorską. On wreszcie napisać książkę. Problem pojawia się w chwili, gdy młode małżeństwo odkrywa, iż w budynku, w którym mieszkają, mieściła się przed wojną niemiecka ambasada… 
W „AmbaSSadzie” wszystkiego jest za dużo. Pomysł, który sam w sobie wydawał się perełką, w pewnym momencie zaczyna się rozłazić i zbytnio rozdrabniać. Tu już nie chodzi o przenoszenie się w czasie. Pojawia się jeszcze motyw sobowtóra Hitlera, szlachetnego dziadka głównego bohatera (który oczywiście był tajnym polskim szpiegiem), gorejącej od nadmiaru uczuć Niemki, niespełnionego muzycznie Ribbentropa… Pojawia się nawet stara szafa, która może skojarzyć się z „Opowieściami z Narnii”. Mela i Przemek to para, która jest do bólu przesadzona. Ona drażni dziecinnym charakterem, nadmiarem chorego wprost optymizmu, on z kolei jest pretensjonalny i skupiony na sobie. Razem kompletnie do siebie nie pasują. I kiedy zaczniemy się przyglądać poszczególnym wątkom i postaciom, okaże się, że tak naprawdę niewiele w tym wszystkim się ze sobą łączy. Oglądając film odnosi się wrażenie, że reżyser miał nadmiar chęci by uczynić go zabawnym. Przeładowanie nawiązaniami (czy to do „Człowieka w żelaznej masce”, „Amelii”, czy w końcu auto promocji Machulskiego i „Kołysanki”), nadmiar bardzo banalnych żartów i gagów nie sprawiają, że widz ma ochotę wybuchnąć śmiechem. To wszystko gdzieś już było i zdążyło się opatrzeć. W dodatku czasem nie do końca wiadomo po co pewne fragmenty zostały zmontowane. Czy scena w której sepleniąca Mela odstrasza fatyganta coś wnosi do fabuły? Czy mało udany żart z załatwianiem roli był potrzebny? Film rozdrabnia się właśnie na takie puste epizody i braknie w nim miejsca na właściwą akcję. Właśnie przez to, kiedy naziści dowiadują się o czekającej ich przyszłości, nic z tego właściwie nie wynika.
„AmbaSSada” to też film, w którym Robert Więckiewicz nie pokazał swojego talentu aktorskiego. Jego Hitler jest dziecinny, męczący i… żenujący. Widzimy dyktatora, który pierdzi, cmoka i chichocze. Miejscami (co zresztą zamierzone) przypomina bardziej Lecha Wałęsę z „Wałęsa. Człowiek z nadziei” niż niemieckiego przywódcę. Bardzo przyzwoicie natomiast zaprezentował się Nergal. Jego Ribbentrop jest spokojny i wyważony. To jedna z niewielu postaci, którą ogląda się w tym filmie z niekłamaną przyjemnością. Podobnie dobrze prezentuje się Ende, którego grał Krystian Wieczorek. 
Muzykę do filmu skomponował Bartosz Chajdecki (znany z takich produkcji jak „Czas honoru”, „Siła wyższa” a także „Chce się żyć”). Choć nie zachwyci melomanów to świetnie wpasowuje się w kabaretowy klimat „AmbaSSady”. Pozostaje ona humorystyczna, odrobinę nawet w stylu Benny’ego Hilla co tylko podkreśla gagowość całego filmu. 
Największym minusem „AmbaSSady” pozostaje słaby scenariusz. I to na jego miarę grają aktorzy. Niestety ale pomysł by film stał się zlepkiem krótkich gagów nie okazał się trafiony. Miotający się w te i z powrotem bohaterowie, którzy nie do końca wiedzą co robią, niepotrzebne wątki i brak odpowiednich proporcji skutecznie psują przyjemność oglądania filmu. Machulski zbyt często i zbyt dosłownie puszcza do widza oko. Przez to, to co mogłoby być zabawne staje się przewidywalne i mało śmieszne.
„AmbaSSada” to farsa, która nie bawi. A szkoda bo chociaż próba pokazania Hitlera w krzywym zwierciadle nie jest pomysłem nowym (ot choćby „Hitler kaput”, „Adolf H. – Ja wam pokażę”, czy w końcu klasyka Chaplina „Dyktator”), to jednak film miał zadatki na naprawdę dobrą komedię. Zawinił słaby scenariusz. Oglądając film częściej miałam wrażenie, że reżyser pokazuje mi zlepek obejrzanych już kiedyś scenek kabaretowych niż spójną historię. Również sposób kręcenia poszczególnych ujęć przywodził właśnie gagowość na myśl. Widz jest bombardowany półzbliżeniami. Najzabawniejsze i najciekawsze w nowym filmie Juliusza Machulskiego jest zakończenie. Kiedy wreszcie porzucił chęć rozśmieszenia widza na siłę, udało mu się to zrobić. Przypomniał także o pewnym rodzaju polskiej nostalgii za światem, który już dawno zginął. 
Czy „AmbaSSada” jest filmem złym? Wbrew pozorom, na tle innych polskich komedii, prezentuje się całkiem przeciętnie. Fanów rodzimej produkcji raczej nie powinna rozczarować, choć poziomem mocno odbiega od najlepszych polskich komedii. Pytanie tylko, czy reżyser znany z takich filmów jak „Vabank” czy „Seksmisja” może uznać stworzenie niezbyt udanej „AmbaSSady” za sukces?

[KS]

poniedziałek, 29 lipca 2013

DWIE DUSZE - JOANNA SKÓRKA

Jedna męczarnia

Zawsze z pewnym zainteresowaniem śledzę wszystkie debiuty literackie i filmowe jakie popełniają polscy twórcy. Robię to z dwóch powodów: po pierwsze zdaję sobie świetnie sprawę, jak trudno jest debiutować w naszym pięknym kraju, po drugie: chcę wiedzieć, czy przypadkiem nie pojawił się na rynku jakiś diament. Takie mniej więcej intencje tchnęły mnie do przeczytania książki Joanny Skórki. Objętościowo jest to lektura niezbyt długa, zaledwie 165 stron. Treściowo… to żadna lektura.
Główna fabuła oscyluje wokół historii miłości Wiktorii i półanioła Artura. Trochę mnie poniosło, bo w tym nie ma rzeczywistej fabuły – jest jakaś urywana narracja, chaotyczna, szarpana… Autorka za wszelką cenę próbowała sklecić z tego historię miłosną, ale wyszła jej jakaś mało miłosna papka. Miejscami można odnieść wrażenie, że niepotrzebnie tak gnała do przodu, sama spłycała historię. Artur jest nudny i papierowy. Brakuje mu charyzmy, jego walki z demonami to właściwie pół stronicowe opisy – dość banalne i niewiele wnoszące do jakiejkolwiek akcji. Prawdę powiedziawszy, w połowie książki można odnieść wrażenie, że jego anielskość została przez autorkę wprowadzona tylko po to, by w jakikolwiek sposób załatać i tak nie klejące się opowiadanie. Bawią kompletnie oderwane od rzeczywistości refleksje głównej bohaterki (pozwolę sobie przytoczyć jedną, ze strony nr 13):
Ruszyłam w kierunku samochodu, zastanawiając się, dlaczego w twarzach mijanych osób maluje się taki smutek i przygnębienie. W sumie pora przywyknąć do naszej mentalności.
Skąd się nagle bohaterce wzięło na takie wynurzenia? Co gorsza, kobieta po studiach okazuje się być mentalną (sama użyła tego słowa!) 13 latką.... Cytat pokazuje słabość literackiego kunsztu autorki, która nie potrafi przedstawić w należyty sposób tego, co kołacze się w jej głowie.
Baty powinna otrzymać też osoba, która robiła korektę „Dwóch dusz”. Pomijając już żenujące: „Podobno szkodliwy hałas i śmierdzi folią” (o co w ogóle chodzi w tym zdaniu?!), albo równie przykre anakoluty, pomylone zaimki, korekta jest zła. I o ile potrafię jeszcze wybaczyć autorce niedociągnięcia i pewnie braki, o tyle osobie poprawiającej tekst już nie.
Czy polecam przeczytanie tej książki? Nie. Nie ma ona w sobie nic pasjonującego, co mogłoby wciągnąć. Jest przewidywalna, nudna i pozbawiona dobrej historii. Dlaczego napisałam recenzję „Dwóch dusz”? Przede wszystkim po to, by pokazać, jak wiele złych lektur zostaje w Polsce wydanych. Poza tym „Dwie dusze” Joanny Skórki udowadniają, że chociaż pisać może każdy, to nie każdy jest już w stanie czytać takie historie. Zdecydowanie nie polecam.

[KS]

czwartek, 11 lipca 2013

LINCZ

Grzech zaniedbania


Tu nie ma Józefa K. Są winni, jest i przestępstwo. Problem zaczyna się w chwili, gdy widz uświadamia sobie, że zabójstwo Zaranka (w tej roli fenomenalny Wiesław Komasa) to nie jedyna zbrodnia przedstawiona w filmie. W "Linczu" przestępstw jest cała masa. Największym grzechem wydaje się jednak zaniedbanie. I tu nasuwa się pytanie: czyje właściwie zaniedbanie? Policji, która chciała, ale nie mogła? A może państwa, które reaguje dopiero w chwili, gdy dochodzi do tragedii? A może jednak bracia Gradowie przekroczyli już tę cienką granicę między samoobroną a samosądem? 
Łukaszewicz nie daje widzowi jednoznacznych odpowiedzi. Mimo iż Zaranek był kanalią, jakich mało, to sposób jego przedstawienia sprawia, że widz zaczyna zastanawiać się, jakim cudem udało mu się tak długo nękać całą społeczność. Dlaczego nikt nie reagował? Dlaczego udawano, że problemu nie ma? Prokurator (w tej roli Krzysztof Franieczek) nie jest karierowiczem. Pełni on rolę swoistego głosu rozsądku w tej całej farsie. Mimo współczucia, mimo zrozumienia, mimo bestialstwa głównego antybohatera ma rację: Zaranek został zlinczowany. A samosądu w państwie prawa być nie może. 
Nie mnie oceniać, czy "Lincz" jest filmem wybitnym. Trudno mi nawet wyobrazić sobie, czy w ogóle pretenduje do takiego miana. Na pewno należy do grona tych filmów, które mają budzić grozę i nakłaniać do refleksji. W tych także rolach spełnia się on znakomicie. Tu nic nie jest czarne, albo białe. Każda postać (nawet ta początkowo krystaliczna jak Adam Grad) przedstawiona jest w odcieniach szarości. 
Istotny wkład w formowanie się scenariusza miała autentyczna historia linczu we Włodowie. Mimo to próba stworzenia z owego tematu kina budzącego niepokój, powiodła się. Na uwagę zasługuje fakt, że w swoim filmie Krzysztof Łukasiewicz postawił na naprawdę dobre aktorstwo. Każdy bohater zagrany jest sugestywnie i z werwą. Poza wspomnianym już kapitalnym Wiesławem Komasą, na uwagę zasługuje także bardzo utalentowany (i trochę chyba niedoceniony w polskim kinie) Łukasz Simlat. Ciekawą kreację zaprezentowała również Izabela Kuna (udało jej się wreszcie zerwać z wizerunkiem aktorki komediowej). 
W dobie komedii romantycznych i wieszczenia upadku kina polskiego, filmy takie jak "Lincz" dają nadzieję, że w tej kwestii nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo. Naturalnie nie można napisać, że jest to dzieło idealne, reżyser nie ustrzegł się błędów. Dużym minusem wydaje się zbytnia egzaltacja nastroju grozy i przygnębienia. Widać ją właściwie w każdej scenie i nawet w nazbyt smętnej (a przy tym dziwnie pompatycznej) ścieżce dźwiękowej. Patrząc jednak na całokształt, można śmiało napisać, że "Lincz" jest filmem wartym polecenia. 
KS
(ta recenzja jest też zamieszczona na portalu filmweb)

poniedziałek, 5 listopada 2012

50 TWARZY GREYA - E. L. JAMES

 50 odcieni romansidła

Kiedy na rynku wydawniczym pojawiła się pozycja sklasyfikowana jako pornografia dla kur domowych, pomyślałam: to coś dla mnie! Wszak już jako dwunastolatka podkradałam mamie słynne harlequiny, które później czytałam z wypiekami na twarzy. Mało tego, jeszcze przed oficjalną premierą, historia młodziutkiej studentki i obrzydliwie bogatego przedsiębiorcy biła wszelkie rekordy popularności. O nie, postanowiłam, że muszę to przeczytać.
Chodzi tu oczywiście o „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Dzięki wnikliwej analizie zasobów internetowych wiem, że książkę napisała Erica Leonard, licząca sobie 49 wiosen była dziennikarka, aktualnie gospodyni domowa. Zamiast używać swojego prawdziwego nazwiska posługuje się wdzięcznym pseudonimem E.L. James. Jej główną inspiracją do napisania książki był „Zmierzch” Stephanie Meyer. Jak prawdziwa kobieta zainteresowała się wzruszającą historią nieszczęśliwej miłości wampirów. Pod wpływem inspiracji rozpoczęła pisanie tzw. „fan-ficka”, wplatając w miłość Belli i Edwarda sporą dozę erotyki. Dlatego też czytając „Pięćdziesiąt twarzy Greya” odnosi się wrażenie, że to już gdzieś było, że główni bohaterowie są znani…
Anastasia Steel, 23-letnia absolwentka literatury, jest niepewna siebie, bardzo niezdarna, niewinna, a także wyjątkowo nieświadoma swojej urody oraz uroku. A Christian Grey… bogaty, nieprzyzwoicie przystojny, świetnie zbudowany, inteligentny, wrażliwy – słowem ucieleśnienie marzeń przeciętnej kobiety. Autorce czasem brakuje przymiotników do określenia atutów głównego bohatera, tak więc co kilka stron natykamy się na te same. Dokładnie tak jak u Meyer. Żeby dopełnić marzenia płci pięknej ten trudny związek zaczyna się oczywiście przypadkiem. Naiwnej Anie szybko otwierają się oczy, kiedy okazuje się, że wybranek jej serca to miłośnik seksu pod znakiem sado-maso. Ona ma być Uległą, on Panem, ona nie ma prawa głosu, on decyduje o każdym aspekcie jej życia. Nie będę wchodzić w szczegóły, fakt jest faktem – dziewczyna szczęścia nie miała.
Najgorszym co się tej książce przytrafiło to główna bohaterka. Chyba nawet Bella w „Zmierzchu” nie jest tak drażniąca. Z każdą kolejną stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że nie powinny tej historii czytać feministki. Bo i po co się denerwować? Anastasii nie da się lubić. Choćby się człowiek starał i tak jej nie polubi. Jest infantylna, jej odpowiedzi przywodzą na myśl pyskówki w gimnazjum. I pomimo tego, że jest niewinna, wciąż nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak łatwo dała się omamić i uwieść Greyowi. Nie wiem czy ktokolwiek byłby w stanie się identyfikować z tą bohaterką. Tuż obok tej irytującej postaci postawiono mężczyznę, na którego (nie wierzę, że się do tego przyznaję) sama mam chęć. Christian to dżentelmen w każdym calu: oczytany, bystry, wie czego chce. I ratuje to czytadło. Jest magnetycznie pociągający. Chyba najbardziej podnieca w nim świadomość ciemnej strony – bo od dawna wiadomo, że kobiety kochają się w niegrzecznych chłopcach! Z opisu wydawcy, który reklamował książkę jako „erotyk sado-maso” wywnioskowałam, że jest też seks-maszyną, która zaspokaja jedynie swoje pierwotne potrzeby, bez krzty poszanowania dla cudzych uczuć. Ano nic bardziej mylnego. Grey to książę z bajki, od czubka wypastowanych butów, po idealnie przystrzyżone włosy. Dlatego też jest to bardziej romansidło niż pornografia…
Wracając do noty wydawcy, że BDSM (ang. bondage&discipline, domination&submission), że perwersja, że seks… Rozczarowałam się okrutnie. Jeśli dobrze pamiętam, aż 117 stron zajęło mi oczekiwanie na pocałunek głównych bohaterów. Już nawet w harlequinach to sprawniej przychodzi. I nie jestem pewna, może to ja jestem nadmiernie wyuzdana, ale seks głównych bohaterów pozbawiony jest jakiejkolwiek drapieżności, brakuje mu tej perwersji za pomocą której jest reklamowany. Migają jakieś bicze, kajdanki, Czerwony Pokój z dziwnymi sprzętami, ale ostrego seksu po prostu nie ma. Dodatkowo opis samych sytuacji intymnych był bez dwóch zdań wzorowany na klasycznych romansidłach. Warsztat językowy E.L. James jest zwyczajnie zbyt ubogi żeby wywołać najmniejsze podniecenie, choć zwrócę jej honor, bo pomysły na figury ma niezłe. W konsekwencji dowiadujemy się, że Ana podczas seksu rozpada się na milion kawałków, a jej wewnętrzna bogini jest zachwycona. Wewnętrzna bogini? Serio? W przypadku seksu i u Greya pojawiają się skazy, gdy wykrzykuje: „Poczuj to dla mnie, mała!”. W takich chwilach dostawałam częściej ataków śmiechu, a nie wypieków z podniecenia.
Zatrzymując się przez chwilę przy „wewnętrznej bogini”. Chętnie dowiedziałabym się cóż to, u licha, jest. U siebie jej nie znalazłam, pytałam koleżanek, ale też nie wiedzą. I masz, babo, placek, zagadka nie została rozwiązana… W książce pojawiają się czasem nawiązania, że może to „świadomość” (chyba seksualna, nie jestem pewna), ale w zasadzie stu procentowej pewności nie ma. W momentach kiedy ta cud bogini wyskakuje z kolejnych kartek, ma się ochotę rzucić tym czytadłem w kąt. I mieć nadzieje, że zginie w mrokach pod kurzem i pajęczynami.
Pod jednym, bardzo ważnym kątem, książka E.L. James jest szkodliwa. Jeśli sięga po nią niedoświadczona dziewczyna, która nie miała styczności z seksem, nawet tym „waniliowym” (czyli tradycyjnym, bez elementów BDSM), dostaje obraz wyidealizowany. Komunikat jaki wysyła ta książka jest daleki od rzeczywistości. Bądźmy szczerzy – która dziewczyna podczas pierwszego razu dostaje wielokrotnego orgazmu? Ba, która w ogóle miała orgazm!
Rażą też pewnie błędy tłumacza. Bo oczywiście rozumiem, że Ana jest niewinna, ale drobne przekleństwo na literkę „K” brzmiałoby o niebo lepiej niż „kurka wodna” czy „o, święty Barnabo!”. Nawet teraz, wplatając to w swoją recenzję próbuję sobie wyobrazić parę w dwuznacznej, perwersyjnej sytuacji, gdy ona wypala na głos „o kuźwa do kwadratu”. No i nie jest to nawet śmieszne… Drugim aspektem jest tłumaczenie nazwiska Grey na „Szary”. W angielskim następowała gra słów, dotycząca mroku, szarości, płynnie nawiązywała do szarości oczu bohatera. Ale język polski jest trudniejszy i nie wyszło tak finezyjnie. Pani Monika Wiśniewska potraktowała pewne rzeczy zbyt dosłownie i wyszło jak wyszło.
Skąd wziął się fenomen tej książki? Moim skromnym zdaniem wynika on z faktu, że można się kompletnie wyłączyć. Nie wymaga od nas myślenia. Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Ona, on i trudny związek z przeszkodami. Osobiście przeczytałam ją do końca, bo lubię się pośmiać, a kuriozalność dialogów podczas stosunku bije na głowę nawet te z harlequinów. Chociaż nie wierzyłam, że jest to możliwe. Da się? Ano niestety da. Z każdym rozdziałem poziom tej książki sięga kolejnego dna. I chociaż wiadomo, że nie jest to Dostojewski, to jednak jako „czytadło” dla relaksu nadaje się doskonale.
Zatrzymam się jeszcze na chwilę przy fenomenie, jaki wywołała na rynku wydawniczym. Cała trylogia sprzedała się w nakładzie 40 (!) milionów egzemplarzy. Księgarnie zalewane są kolejnymi  „erotykami” wzorowanymi na „Pięćdziesięciu twarzach”. Kupują głównie kobiety. Jednak pojawienie się takiej pozycji na rynku wydawniczym doprowadziło do istotnego zjawiska. Wszystkie „mamuśki”, „kury domowe” przestały się wstydzić swojej seksualności. Tupnęły nogą, przypominając światu, że oprócz spełniania swoich funkcji są także kobietami, które mają swoje potrzeby. Wiele z tych pań przyznaje się, że po lekturze tej właśnie książki ich życie seksualne rozkwitło na nowo. I to jest pozytywny aspekt. I tu pojawia się istotne pytanie. Czy warto po akurat tą pozycję literacką sięgnąć?  Myślę, że z czystej ciekawości tak. Nie chodzi tu wcale o wartość intelektualną, ale próbę zrozumienia zjawiska, które pojawiło się na rynku wydawniczym. Ponadto, prędzej czy później sięga się po „Pięćdziesiąt twarzy”. 
Z czystej ciekawości... 
[MR]

środa, 24 października 2012

GOD BLESS AMERICA


Boże, błogosław Amerykę!


Niewiele jest filmów tak złośliwych i prawdziwych w swoim przekazie jak ‘God Bless America’. Reżyser, i jednocześnie scenarzysta, Bobcat Goldthwait bardzo trafnie wyczuł pewien poziom frustracji, jaki nęka wielu współczesnych ludzi.
Tytuł filmu odnosi się do pieśni patriotycznej napisanej przez Irvinga Berlina w 1938 roku. Jednak sama fraza (Boże, błogosław Amerykę) stała się już swoistym sloganem, oznaczającym pochwałę Stanów Zjednoczonych (a właściwie kultury, american dream i tolerancji). I właśnie z tym drugim znaczeniem Goldthwait wdał się w polemikę.
Głównym bohaterem filmu jest Frank: otyły i brzydki mężczyzna w średnim wieku. Mieszka w przeciętnej dzielnicy, pracuje od kilku lat w jednej firmie, jest rozwiedziony i… nieszczęśliwy. Jego rozżalenie nie wynika jednak z sytuacji materialnej lub nieudanego życia uczuciowego, ale z otaczającej go zewsząd kultury masowej, która zawładnęła ludźmi. W chwili gdy zaczyna pojmować, że nie ma już nic do stracenia, postanawia zamordować tych przedstawicieli społeczeństwa, którzy wydają mu się najbardziej odrażającymi, nikczemnymi i głupimi jednostkami. Warto w tym momencie pochwalić spokojną, wyważoną i bardzo naturalną grę aktorską Joela Murraya (tytułowy Frank). Bohater szybko odnajduje wspólniczkę – szesnastoletnią Roxie (Tara Lynne Barr).
Film w bardzo gorzki sposób ukazuje ludzi, którzy dla chwili zaistnienia w telewizji są w stanie zaprzedać swoją prywatność i moralność. Otwarcie skrytykowane zostają w nim programy telewizyjnego show typu Idol, Moje słodkie szesnaste urodziny, a także postaci krytykantów i pieniaczy: dziennikarza głoszącego kontrowersyjne (a przede wszystkim sprzedające się) poglądy i skrajnie nietolerancyjnych działaczy politycznych.
Nie można nie zauważyć nawiązań Goldthwaita do ‘Natural Born Killers’ i ‘Falling down’. W pierwszym przypadku jest to rodzaj morderczego karnawału (para morderców podróżująca po Ameryce), w drugim natomiast do postaci Fostera (tu Franka, który dostrzega upadek cywilizacyjny). Tylko, że Goldthwait idzie o krok dalej: nie ocenia negatywnie swoich bohaterów, nie tylko nie próbuje ich usprawiedliwić, ale też zrzuca z nich odpowiedzialność za popełnione przestępstwa i pozostawia ocenianie widzowi.
God Bless America to film bardzo dobrze zrealizowany. Tym co rzuca się w oczy jest rodzaj niezwykle żywej kolorystyki scen, można ją interpretować jako kolejne odwołanie do kultury masowej, która wabi nadmiarem barw. Jednocześnie rodzi się pytanie, czy film Goldthwaita nie jest tylko smutną konstatacją rzeczywistości? Czasów, w których jednostki najbardziej zdroworozsądkowe stają się niejako agresorami? 
KS