50
odcieni romansidła
Kiedy na rynku wydawniczym pojawiła się pozycja
sklasyfikowana jako pornografia dla kur
domowych, pomyślałam: to coś dla mnie! Wszak już jako dwunastolatka
podkradałam mamie słynne harlequiny, które później czytałam z wypiekami na
twarzy. Mało tego, jeszcze przed oficjalną premierą, historia młodziutkiej
studentki i obrzydliwie bogatego przedsiębiorcy biła wszelkie rekordy
popularności. O nie, postanowiłam, że muszę to przeczytać.
Chodzi tu oczywiście o „Pięćdziesiąt twarzy Greya”.
Dzięki wnikliwej analizie zasobów internetowych wiem, że książkę napisała Erica
Leonard, licząca sobie 49 wiosen była dziennikarka, aktualnie gospodyni domowa.
Zamiast używać swojego prawdziwego nazwiska posługuje się wdzięcznym
pseudonimem E.L. James. Jej główną inspiracją do napisania książki był
„Zmierzch” Stephanie Meyer. Jak prawdziwa kobieta zainteresowała się
wzruszającą historią nieszczęśliwej miłości wampirów. Pod wpływem inspiracji
rozpoczęła pisanie tzw. „fan-ficka”, wplatając w miłość Belli i Edwarda sporą
dozę erotyki. Dlatego też czytając „Pięćdziesiąt twarzy Greya” odnosi się
wrażenie, że to już gdzieś było, że główni bohaterowie są znani…
Anastasia Steel, 23-letnia absolwentka literatury, jest
niepewna siebie, bardzo niezdarna, niewinna, a także wyjątkowo nieświadoma
swojej urody oraz uroku. A Christian Grey… bogaty, nieprzyzwoicie przystojny,
świetnie zbudowany, inteligentny, wrażliwy – słowem ucieleśnienie marzeń
przeciętnej kobiety. Autorce czasem brakuje przymiotników do określenia atutów
głównego bohatera, tak więc co kilka stron natykamy się na te same. Dokładnie tak
jak u Meyer. Żeby dopełnić marzenia płci pięknej ten trudny związek zaczyna się
oczywiście przypadkiem. Naiwnej Anie szybko otwierają się oczy, kiedy okazuje
się, że wybranek jej serca to miłośnik seksu pod znakiem sado-maso. Ona ma być
Uległą, on Panem, ona nie ma prawa głosu, on decyduje o każdym aspekcie jej
życia. Nie będę wchodzić w szczegóły, fakt jest faktem – dziewczyna szczęścia
nie miała.
Najgorszym co się tej książce przytrafiło to główna
bohaterka. Chyba nawet Bella w „Zmierzchu” nie jest tak drażniąca. Z każdą
kolejną stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że nie powinny tej historii
czytać feministki. Bo i po co się denerwować? Anastasii nie da się lubić.
Choćby się człowiek starał i tak jej nie polubi. Jest infantylna, jej
odpowiedzi przywodzą na myśl pyskówki w gimnazjum. I pomimo tego, że jest
niewinna, wciąż nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak łatwo dała się omamić i
uwieść Greyowi. Nie wiem czy ktokolwiek byłby w stanie się identyfikować z tą
bohaterką. Tuż obok tej irytującej postaci postawiono mężczyznę, na którego
(nie wierzę, że się do tego przyznaję) sama mam chęć. Christian to dżentelmen w
każdym calu: oczytany, bystry, wie czego chce. I ratuje to czytadło. Jest
magnetycznie pociągający. Chyba najbardziej podnieca w nim świadomość ciemnej
strony – bo od dawna wiadomo, że kobiety kochają się w niegrzecznych chłopcach!
Z opisu wydawcy, który reklamował książkę jako „erotyk sado-maso”
wywnioskowałam, że jest też seks-maszyną, która zaspokaja jedynie swoje
pierwotne potrzeby, bez krzty poszanowania dla cudzych uczuć. Ano nic bardziej
mylnego. Grey to książę z bajki, od czubka wypastowanych butów, po idealnie
przystrzyżone włosy. Dlatego też jest to bardziej romansidło niż pornografia…
Wracając do noty wydawcy, że BDSM (ang. bondage&discipline,
domination&submission), że perwersja, że seks… Rozczarowałam się okrutnie. Jeśli
dobrze pamiętam, aż 117 stron zajęło mi oczekiwanie na pocałunek głównych
bohaterów. Już nawet w harlequinach to sprawniej przychodzi. I nie jestem
pewna, może to ja jestem nadmiernie wyuzdana, ale seks głównych bohaterów
pozbawiony jest jakiejkolwiek drapieżności, brakuje mu tej perwersji za pomocą
której jest reklamowany. Migają jakieś bicze, kajdanki, Czerwony Pokój z
dziwnymi sprzętami, ale ostrego seksu po prostu nie ma. Dodatkowo opis samych
sytuacji intymnych był bez dwóch zdań wzorowany na klasycznych romansidłach.
Warsztat językowy E.L. James jest zwyczajnie zbyt ubogi żeby wywołać
najmniejsze podniecenie, choć zwrócę jej honor, bo pomysły na figury ma niezłe.
W konsekwencji dowiadujemy się, że Ana podczas seksu rozpada się na milion kawałków, a jej wewnętrzna bogini jest zachwycona. Wewnętrzna bogini? Serio? W
przypadku seksu i u Greya pojawiają się skazy, gdy wykrzykuje: „Poczuj to dla
mnie, mała!”. W takich chwilach dostawałam częściej ataków śmiechu, a nie
wypieków z podniecenia.
Zatrzymując się przez chwilę przy „wewnętrznej bogini”.
Chętnie dowiedziałabym się cóż to, u licha, jest. U siebie jej nie znalazłam,
pytałam koleżanek, ale też nie wiedzą. I masz, babo, placek, zagadka nie
została rozwiązana… W książce pojawiają się czasem nawiązania, że może to
„świadomość” (chyba seksualna, nie jestem pewna), ale w zasadzie stu
procentowej pewności nie ma. W momentach kiedy ta cud bogini wyskakuje z kolejnych
kartek, ma się ochotę rzucić tym czytadłem w kąt. I mieć nadzieje, że zginie w
mrokach pod kurzem i pajęczynami.
Pod jednym, bardzo ważnym kątem, książka E.L. James jest
szkodliwa. Jeśli sięga po nią niedoświadczona dziewczyna, która nie miała styczności
z seksem, nawet tym „waniliowym” (czyli tradycyjnym, bez elementów BDSM),
dostaje obraz wyidealizowany. Komunikat jaki wysyła ta książka jest daleki od
rzeczywistości. Bądźmy szczerzy – która dziewczyna podczas pierwszego razu
dostaje wielokrotnego orgazmu? Ba, która w ogóle miała orgazm!
Rażą też pewnie błędy tłumacza. Bo oczywiście rozumiem,
że Ana jest niewinna, ale drobne przekleństwo na literkę „K” brzmiałoby o niebo
lepiej niż „kurka wodna” czy „o, święty Barnabo!”. Nawet teraz, wplatając to w swoją
recenzję próbuję sobie wyobrazić parę w dwuznacznej, perwersyjnej sytuacji, gdy
ona wypala na głos „o kuźwa do kwadratu”. No i nie jest to nawet śmieszne…
Drugim aspektem jest tłumaczenie nazwiska Grey na „Szary”. W angielskim
następowała gra słów, dotycząca mroku, szarości, płynnie nawiązywała do
szarości oczu bohatera. Ale język polski jest trudniejszy i nie wyszło tak
finezyjnie. Pani Monika Wiśniewska potraktowała pewne rzeczy zbyt dosłownie i
wyszło jak wyszło.
Skąd wziął się fenomen tej książki? Moim skromnym zdaniem
wynika on z faktu, że można się kompletnie wyłączyć. Nie wymaga od nas
myślenia. Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Ona, on i trudny związek z
przeszkodami. Osobiście przeczytałam ją do końca, bo lubię się pośmiać, a
kuriozalność dialogów podczas stosunku bije na głowę nawet te z harlequinów.
Chociaż nie wierzyłam, że jest to możliwe. Da się? Ano niestety da. Z każdym
rozdziałem poziom tej książki sięga kolejnego dna. I chociaż wiadomo, że nie
jest to Dostojewski, to jednak jako „czytadło” dla relaksu nadaje się
doskonale.
Zatrzymam się jeszcze na chwilę przy fenomenie, jaki
wywołała na rynku wydawniczym. Cała trylogia sprzedała się w nakładzie 40 (!)
milionów egzemplarzy. Księgarnie zalewane są kolejnymi „erotykami” wzorowanymi na „Pięćdziesięciu
twarzach”. Kupują głównie kobiety. Jednak pojawienie się takiej pozycji na
rynku wydawniczym doprowadziło do istotnego zjawiska. Wszystkie „mamuśki”,
„kury domowe” przestały się wstydzić swojej seksualności. Tupnęły nogą,
przypominając światu, że oprócz spełniania swoich funkcji są także kobietami,
które mają swoje potrzeby. Wiele z tych pań przyznaje się, że po lekturze tej
właśnie książki ich życie seksualne rozkwitło na nowo. I to jest pozytywny
aspekt. I tu pojawia się istotne pytanie. Czy warto po akurat tą pozycję
literacką sięgnąć? Myślę, że z czystej
ciekawości tak. Nie chodzi tu wcale o wartość intelektualną, ale próbę
zrozumienia zjawiska, które pojawiło się na rynku wydawniczym. Ponadto, prędzej
czy później sięga się po „Pięćdziesiąt twarzy”.
Z czystej ciekawości...
[MR]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz