Boże, błogosław Amerykę!
Niewiele jest filmów tak
złośliwych i prawdziwych w swoim przekazie jak ‘God Bless America’. Reżyser, i
jednocześnie scenarzysta, Bobcat Goldthwait bardzo trafnie wyczuł pewien poziom
frustracji, jaki nęka wielu współczesnych ludzi.
Tytuł filmu odnosi się
do pieśni patriotycznej napisanej przez Irvinga Berlina w 1938 roku. Jednak
sama fraza (Boże, błogosław Amerykę) stała się już swoistym sloganem,
oznaczającym pochwałę Stanów Zjednoczonych (a właściwie kultury, american dream i tolerancji). I właśnie
z tym drugim znaczeniem Goldthwait wdał się w polemikę.
Głównym bohaterem filmu
jest Frank: otyły i brzydki mężczyzna w średnim wieku. Mieszka w przeciętnej
dzielnicy, pracuje od kilku lat w jednej firmie, jest rozwiedziony i…
nieszczęśliwy. Jego rozżalenie nie wynika jednak z sytuacji materialnej lub
nieudanego życia uczuciowego, ale z otaczającej go zewsząd kultury masowej,
która zawładnęła ludźmi. W chwili gdy zaczyna pojmować, że nie ma już nic do
stracenia, postanawia zamordować tych przedstawicieli społeczeństwa, którzy
wydają mu się najbardziej odrażającymi, nikczemnymi i głupimi jednostkami.
Warto w tym momencie pochwalić spokojną, wyważoną i bardzo naturalną grę
aktorską Joela Murraya (tytułowy Frank). Bohater szybko odnajduje wspólniczkę –
szesnastoletnią Roxie (Tara Lynne Barr).
Film w bardzo gorzki
sposób ukazuje ludzi, którzy dla chwili zaistnienia w telewizji są w stanie
zaprzedać swoją prywatność i moralność. Otwarcie skrytykowane zostają w nim
programy telewizyjnego show typu Idol,
Moje słodkie szesnaste urodziny, a
także postaci krytykantów i pieniaczy: dziennikarza głoszącego kontrowersyjne
(a przede wszystkim sprzedające się) poglądy i skrajnie nietolerancyjnych
działaczy politycznych.
Nie można nie zauważyć
nawiązań Goldthwaita do ‘Natural Born Killers’ i ‘Falling down’. W pierwszym
przypadku jest to rodzaj morderczego karnawału (para morderców podróżująca po
Ameryce), w drugim natomiast do postaci Fostera (tu Franka, który dostrzega
upadek cywilizacyjny). Tylko, że Goldthwait idzie o krok dalej: nie ocenia
negatywnie swoich bohaterów, nie tylko nie próbuje ich usprawiedliwić, ale też
zrzuca z nich odpowiedzialność za popełnione przestępstwa i pozostawia
ocenianie widzowi.
God
Bless America to film
bardzo dobrze zrealizowany. Tym co rzuca się w oczy jest rodzaj niezwykle żywej
kolorystyki scen, można ją interpretować jako kolejne odwołanie do kultury
masowej, która wabi nadmiarem barw. Jednocześnie rodzi się pytanie, czy film
Goldthwaita nie jest tylko smutną konstatacją rzeczywistości? Czasów, w których
jednostki najbardziej zdroworozsądkowe stają się niejako agresorami?
KS

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz