Coelho Jonze i Ona
Cała rzesza moich znajomych
zachwyca się najnowszym filmem Spike’a Jonze’a „Ona”. Nominowany do pięciu
Oskarów, z typową dla Jonze’a estetyką miał być genialnym obrazem
przedstawiającym futurystyczną miłość zwykłego człowieka i SI Samanthy.
Historia przedstawiona w
filmie zaczyna się zwyczajnie. Oto Theodore, facet zajmujący się na co dzień
pisaniem cudzych listów rozwodzi się z żoną i czuje się z tego powodu strasznie
samotnie. Idąc do pracy natyka się na reklamę nowego intuicyjnego SI.
Zaciekawiony kupuje produkt i… tak poznaje Samanthę, w której stopniowo zaczyna
się zakochiwać. Pierwsze co razi w „Ona” to estetyka Jonze’a. I nie chodzi tu o
kolorową scenografię czy sumiasty wąs głównego bohatera. Przedstawiony świat
niedalekiej przyszłości przypomina… lata sześćdziesiąte z xboxem, telefonem
dotykowym i horrendalnie rozwiniętą SI. Nie chodzi o to, że to źle, ale fani
literatury i filmów fantastycznych raczej poczują, że coś tu zgrzyta. Podobnie
jest z fabułą. I nie chodzi o to, że sam wątek miłości człowieka i SI jest z
gruntu zły – wcale taki nie jest, po prostu Jonze’owi zabrakło zdolności do
nadania scenariuszowi prawdziwej głębi. Miłość, samotność to coś uniwersalnego,
co zawsze pozostanie w pewien sposób aktualne, ale w „Ona” brakuje taktu do
opowiedzenia o nich. Zamiast tego reżyser (i scenarzysta jednocześnie) skupił
się na górnolotnych i małoznaczących dialogach, na uproszczeniach i
banalizacji. Owszem, cały obraz pozostaje zaskakująco spójny w swojej
niespójności, ale nadal brakuje mu… treści.
Nie zachwyca także Joaquin
Phoenix jako Theodore. Pozostaje on zaskakująco bezradny wobec miałkości
scenariusza. Owszem, gra dobrze, ale nadal jest przy tym zaskakująco słaby. O
wiele lepiej spisuje się Scarlett Johansson. Chociaż w filmie możemy usłyszeć
jedynie jej głos, to właśnie ona przeważa. Sceny, w których występuje Samantha
są zdominowane przez Johansson. Reszta aktorów (z gruntu dobrze sprawdzających
się na planie filmowym) pozostaje w jej cieniu. Ciekawą kreację wytworzyła
także Olivia Wilde. Jej bohaterka choć natrętna i niesympatyczna, silnie zapada
w pamięć.
Niesamowity nacisk, jaki
Jonze położył na głos nie przekłada się na muzyczność filmu. Podobnie do
scenografii jest ona zaskakująco staroświecka. Owszem to dobra muzyka,
ale brak jej nuty futuryzmu. Brak jej też siły przebicia, którą posiada
zabawny i przyjazny głos Samanthy.
Dla mnie najnowszy film
Spike’a Jonze’a to ładnie opakowana kolorowa wydmuszka, która w środku nie ma
nic do zaoferowania. Banalne, silące się na nowatorskie i głębokie dialogi rażą
swoim coelhizmem. Jeśli ktoś lubi twórczość Paula Coelho zapewne się tym filmem
głęboko oczaruje i dostrzeże w nim jakąś głębię. W moim odczuciu „Ona”
pozostanie filmem nieudanym o źle skonstruowanej, pełnej uproszczeń, fabule.
[KS]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz